22.12.2022, 19:18 ✶
Tylko dlaczego to było lustro? Bo odzwierciedlało twoją prawdziwą twarz, czy dlatego, że mogło ukazać pragnienia twojej duszy? Może zimowa królowa wcale nie zasiała w tych ludziach zła, a jedynie pokazała cechy, które od zawsze w sobie nosili. Zręcznie ukrywali swój gniew, swoją zgorzkniałość i pretensje względem świata za maską szczęśliwego życia, a trafienie odłamkiem ukazało im prawdę, której nigdy wcześniej nawet nie starali się dojrzeć. I zrozumienie tego wszystkiego wcale im się nie podobała. Świat wcale nie chciał ludzi świadomych, a bezmyślnych istot, którym wmówił, że bycie na usługach systemu sprawi im radość. I ukrył się w postaci małej dziewczynki, która miała w jego imieniu ocalić wszystkich tych „obudzonych”. Może Fergus też wpadł w tę otchłań w momencie, gdy zgodził się podążać z wolą swojego ojca i odrzucić marzenia na rzecz rodzinnych obowiązków. A skoro jego życie nie potoczyło się tak, jak sobie wyobrażał, musiał szukać odskoczni gdzieś indziej. Zamiast babrać się w czarnej magii i rozwiązywać skomplikowane klątwy, główkować nad artefaktami, po prostu wpadał w coraz to gorsze kłopoty. I ukrywał się za otoczką kłamstw, aż w końcu sam się pogubił, co było prawdą, a co stworzoną przez niego ułudą. Czy sklep z różdżkami w czymkolwiek pomagał? Czasami tak. Ludzie nie pamiętali jego twarzy. Pamiętali jedynie patyki, które wciskał im w dłonie, obiecując czary.
Obraziłby się za tę nimfę wodną. Syreny przyciągały wzrok, mamiły wędrowców. On nie chciał być piękny, nie chciał wodzących za nim spojrzeń. Jedyne, czego pragnął, to święty spokój. Brak oczekiwań ludzi, których opinia go nie interesowała i którzy nie mieli bladego pojęcia, jak do niego podejść. Nie był jak Sauriel, od którego nie dało się oderwać oczu, który emanował taką pewnością siebie, że niekiedy strach było się do niego zbliżyć, by nie zaciąć się rozlewającą wokół niego aurą.
Jeśli nawet bał się pożarów, był na tyle zdesperowany, by go wzniecić. Byle tylko poczuć, że cokolwiek ma pod kontrolą. Pozornie, bo ogień nikogo nie słuchał.
Słowa Rookwooda rozjuszyły go jeszcze bardziej. Na tyle, że nawet jeśli przez sekundę przemknęła mu myśl, że nie powinien był unosić na niego ręki, teraz już nie było mu go szkoda. Jedyne, czego żałował, to że nie potrafił odpowiednio uderzyć. Siła fizyczna nie była jego domeną, a ostatni wysiłek sprawił, że chodził zdrętwiały przez kolejny tydzień. Tak i teraz czuł, że coś przeskoczyło mu w kościach. I pewnie starałby się rozmasować obolałą dłoń, ale zaraz o niej zapomniał, gdy do gamy bólu dołączyły plecy, którymi gruchnął o ścianę, przytrzymany przez Sauriela.
- Spróbuj – warknął, patrząc na niego i widząc tylko czerń. Tak, jakby patrzył w pustkę, a nie oczy drugiego człowieka. Było mu tak bardzo wszystko jedno, że miał wrażenie, że wzrok drugiego mężczyzny tylko go nakręcał. Dążył do autodestrukcji. Czy gdyby rozpadł się na kawałki, przestałby aż tyle czuć, czy czułby jeszcze więcej?
- Ile ty masz lat, że będziesz zbierał dla mnie kwiatki? – zapytał sarkastycznie, otrzepując się po tym, jak został puszczony. Chociaż pod tą ścianą, przez tych kilka sekund czuł, jakby zanurzył się w głębokiej wodzie i cały świat nagle zamilkł, zostawiając ich samym sobie, teraz wszystko wracało do normy. Ostre dźwięki, przytłumione światło.
- Od kiedy decydujesz, które miejsce jest dla mnie odpowiednie? Czyżbyś się martwił? – zaśmiał się. Szczerze mówiąc, sam nie wiedział, co tu robił. Kiedyś przychodził tu co jakiś czas, licząc na to, że w końcu zobaczy znajomą twarz Sauriela wśród obcych cieni. Potem zostało już tylko przyzwyczajenie. Myślał, że nie żył, ale póki nie zobaczył trupa, nadzieja wciąż się tliła.
- Co ty tu robisz, Rookwood? – zapytał, przedrzeźniając go, nadal pogubiony w tym, jak powinien się w tej sytuacji czuć. Czy nadal powinien nazywać go swoim przyjacielem, skoro tak po prostu zniknął, olewając lata ich znajomości? – Wypuścili cię z klatki?
Może wylądował w Azkabanie. Albo wkopał się w coś, co nakazywało mu uciec do Meksyku. Wynurzył się nagle spod ziemi, jak gdyby powstał z martwych. A Fergus potrzebował odpwiedzi. Lubił dużo wiedzieć, nawet jeśli czasem obawiał się tego, co mógłby odkryć. Tik tak, Sauriel, tik tak.
Obraziłby się za tę nimfę wodną. Syreny przyciągały wzrok, mamiły wędrowców. On nie chciał być piękny, nie chciał wodzących za nim spojrzeń. Jedyne, czego pragnął, to święty spokój. Brak oczekiwań ludzi, których opinia go nie interesowała i którzy nie mieli bladego pojęcia, jak do niego podejść. Nie był jak Sauriel, od którego nie dało się oderwać oczu, który emanował taką pewnością siebie, że niekiedy strach było się do niego zbliżyć, by nie zaciąć się rozlewającą wokół niego aurą.
Jeśli nawet bał się pożarów, był na tyle zdesperowany, by go wzniecić. Byle tylko poczuć, że cokolwiek ma pod kontrolą. Pozornie, bo ogień nikogo nie słuchał.
Słowa Rookwooda rozjuszyły go jeszcze bardziej. Na tyle, że nawet jeśli przez sekundę przemknęła mu myśl, że nie powinien był unosić na niego ręki, teraz już nie było mu go szkoda. Jedyne, czego żałował, to że nie potrafił odpowiednio uderzyć. Siła fizyczna nie była jego domeną, a ostatni wysiłek sprawił, że chodził zdrętwiały przez kolejny tydzień. Tak i teraz czuł, że coś przeskoczyło mu w kościach. I pewnie starałby się rozmasować obolałą dłoń, ale zaraz o niej zapomniał, gdy do gamy bólu dołączyły plecy, którymi gruchnął o ścianę, przytrzymany przez Sauriela.
- Spróbuj – warknął, patrząc na niego i widząc tylko czerń. Tak, jakby patrzył w pustkę, a nie oczy drugiego człowieka. Było mu tak bardzo wszystko jedno, że miał wrażenie, że wzrok drugiego mężczyzny tylko go nakręcał. Dążył do autodestrukcji. Czy gdyby rozpadł się na kawałki, przestałby aż tyle czuć, czy czułby jeszcze więcej?
- Ile ty masz lat, że będziesz zbierał dla mnie kwiatki? – zapytał sarkastycznie, otrzepując się po tym, jak został puszczony. Chociaż pod tą ścianą, przez tych kilka sekund czuł, jakby zanurzył się w głębokiej wodzie i cały świat nagle zamilkł, zostawiając ich samym sobie, teraz wszystko wracało do normy. Ostre dźwięki, przytłumione światło.
- Od kiedy decydujesz, które miejsce jest dla mnie odpowiednie? Czyżbyś się martwił? – zaśmiał się. Szczerze mówiąc, sam nie wiedział, co tu robił. Kiedyś przychodził tu co jakiś czas, licząc na to, że w końcu zobaczy znajomą twarz Sauriela wśród obcych cieni. Potem zostało już tylko przyzwyczajenie. Myślał, że nie żył, ale póki nie zobaczył trupa, nadzieja wciąż się tliła.
- Co ty tu robisz, Rookwood? – zapytał, przedrzeźniając go, nadal pogubiony w tym, jak powinien się w tej sytuacji czuć. Czy nadal powinien nazywać go swoim przyjacielem, skoro tak po prostu zniknął, olewając lata ich znajomości? – Wypuścili cię z klatki?
Może wylądował w Azkabanie. Albo wkopał się w coś, co nakazywało mu uciec do Meksyku. Wynurzył się nagle spod ziemi, jak gdyby powstał z martwych. A Fergus potrzebował odpwiedzi. Lubił dużo wiedzieć, nawet jeśli czasem obawiał się tego, co mógłby odkryć. Tik tak, Sauriel, tik tak.