11.05.2024, 13:55 ✶
– Fajnie. Zabierz mnie ze sobą. Spierdolenie się ze skały brzmi zajebiście. A potem zjedzą nas niedźwiedzie i będziemy duszami mieszkać w stworach o grubym futrze i wielkich zębach. – Mildred nigdy nie widziała niedźwiedzia na oczy, ale naczytała się kiedyś pulpowych westernów i zawsze, ale to zawsze widziała się po stronie Indian i te całe szmery bajery z duszami i mieszkaniem w cielsku wielkiej bestii brzmiało super. Nie to żeby starczało jej cierpliwości na animagie. – Chociaż chyba wolałabym kruki. W stanach są kruki? Mój co jakiś czas chce mi oko wydłubać, ale raz zagroziłam mu wiesz hamurabim, oko za oko te sprawy, to odpuścił. – odprężała się, miękła w jego dłoniach, czuł to jak drżenie i napięcie odchodzi, jak przynosi jej spokój, otula ramiona płaszczem jej ściętych włosów.
– Myślisz... że byłabym ładna jak miałabym blond włosy? – powiedziała nagle opierając skroń o jego nagie udo, czy może kość udową obciągniętą skórą. Już nawet nie szkliły jej się oczy. Tym pytaniem chciała sprawdzić czy nadal boli i to było nawet miłe, gdy się zorientowała, że nie boli tak bardzo. Dzisiaj. Przynajmniej dzisiaj. – On woli blondynki. To nie miałoby żadnego znaczenia i tak, i tak nigdy nie spojrzy na mnie w ten sposób wiesz? – dłonią sięgnęła do czarnych piór, których ją pozbawił, jak gęś szykowanądo rosołu. Nawet już była prawie goła, tylko czy ktoś taki jak ten chłopak miałby garnek odpowiedni na nią? Odetchnęła myślą o tym, że w sumie nie ma jej zbyt wiele, a po poćwiartowaniu wszystko by dało się upchnąć. To byłby chudy rosół.
Zachichotała, a potem sięgnęła do dłoni, którą gładził ją po głowie i przyciągnęła do swoich ust. Jeden pocałunek, zamiast słowa dziękuje, same wargi, bez miękkiego mięśnia wilgotnego śliną. Jeden pocałunek, a potem kolejny, jak po drabinie, gdzie nie dłońmi a ustami wspinasz się stopień po stopniu, przedramie, łokieć ramię i bark. Wpełzła bardziej niż weszła na łóżko, a potem położyła się na nim, ubrana w osamotniony biały koszulek, przypruszona własnymi piórami, lepiącymi się do spoconej skóry. Jej złociste oczy osiadły na twarzy kochanka, dziwnie zamyślone, szukające, a może w końcu widzące, w końcu takie, które chciały widzieć w nim kogoś, a nie cielisty wibrator z kilkoma dodatkowymi funkcjami. Długie palce otoczyły czaszkę z kłębiącymi się myślami i zaczęła krążyć po skórze łagodnie, dziwnie, nienaturalnie dla niej na tyle na ile dała się poznać do tej pory. Czy dała? Czy była to faza po burzy, a może samo oko cyklonu, w którym ponoć bywało najciszej?
– Chociaż raz warto umrzeć z miłości. Chociaż raz. A to choćby po to, żeby się później chwalić znajomym, że to bywa. Że to jest.
...Umrzeć. Leżeć w cmentarzu czyjejś szuflady obok innych nieboszczków listów i nieboszczek pamiątek i cierpieć... – umilkła przesuwając opuszki ku jego twarzy, eksplorując ostre rysy uwydatnione wyborną dietą i zdrowym trybem życia. – Masz listy w szufladzie? Masz pamiątki po tych przez których umarłeś? – zapytała tym samym tonem, ciukiem przejeżdżając po wargach wciąż pachnących nią. Dziwne uczucie, jakby przez to niż cokolwiek innego mógł stać się kobietą, mógł się nią zarazić, jakby mógł przejrzeć się w niej, a ona w nim, niczym dwa lustra ustawione jedno obok drugiego, gubiące się w nieskończonych szeregach odbijanej pustki.
– Myślisz... że byłabym ładna jak miałabym blond włosy? – powiedziała nagle opierając skroń o jego nagie udo, czy może kość udową obciągniętą skórą. Już nawet nie szkliły jej się oczy. Tym pytaniem chciała sprawdzić czy nadal boli i to było nawet miłe, gdy się zorientowała, że nie boli tak bardzo. Dzisiaj. Przynajmniej dzisiaj. – On woli blondynki. To nie miałoby żadnego znaczenia i tak, i tak nigdy nie spojrzy na mnie w ten sposób wiesz? – dłonią sięgnęła do czarnych piór, których ją pozbawił, jak gęś szykowanądo rosołu. Nawet już była prawie goła, tylko czy ktoś taki jak ten chłopak miałby garnek odpowiedni na nią? Odetchnęła myślą o tym, że w sumie nie ma jej zbyt wiele, a po poćwiartowaniu wszystko by dało się upchnąć. To byłby chudy rosół.
Zachichotała, a potem sięgnęła do dłoni, którą gładził ją po głowie i przyciągnęła do swoich ust. Jeden pocałunek, zamiast słowa dziękuje, same wargi, bez miękkiego mięśnia wilgotnego śliną. Jeden pocałunek, a potem kolejny, jak po drabinie, gdzie nie dłońmi a ustami wspinasz się stopień po stopniu, przedramie, łokieć ramię i bark. Wpełzła bardziej niż weszła na łóżko, a potem położyła się na nim, ubrana w osamotniony biały koszulek, przypruszona własnymi piórami, lepiącymi się do spoconej skóry. Jej złociste oczy osiadły na twarzy kochanka, dziwnie zamyślone, szukające, a może w końcu widzące, w końcu takie, które chciały widzieć w nim kogoś, a nie cielisty wibrator z kilkoma dodatkowymi funkcjami. Długie palce otoczyły czaszkę z kłębiącymi się myślami i zaczęła krążyć po skórze łagodnie, dziwnie, nienaturalnie dla niej na tyle na ile dała się poznać do tej pory. Czy dała? Czy była to faza po burzy, a może samo oko cyklonu, w którym ponoć bywało najciszej?
– Chociaż raz warto umrzeć z miłości. Chociaż raz. A to choćby po to, żeby się później chwalić znajomym, że to bywa. Że to jest.
...Umrzeć. Leżeć w cmentarzu czyjejś szuflady obok innych nieboszczków listów i nieboszczek pamiątek i cierpieć... – umilkła przesuwając opuszki ku jego twarzy, eksplorując ostre rysy uwydatnione wyborną dietą i zdrowym trybem życia. – Masz listy w szufladzie? Masz pamiątki po tych przez których umarłeś? – zapytała tym samym tonem, ciukiem przejeżdżając po wargach wciąż pachnących nią. Dziwne uczucie, jakby przez to niż cokolwiek innego mógł stać się kobietą, mógł się nią zarazić, jakby mógł przejrzeć się w niej, a ona w nim, niczym dwa lustra ustawione jedno obok drugiego, gubiące się w nieskończonych szeregach odbijanej pustki.