Sezon był tragiczny. To znaczy, obfite plony są fantastyczne. Ale obfite chwasty, trawy i śliwki spadające na głowę już nie. Nie dawałam nigdy dużej stawki. Co milsi sąsiedzi i tak płacili więcej. Nie tylko podziałem "łupów", ale też monetami. Od czasu do czasu musiałam sobie robić przerwę, żeby odpocząć od tego wysiłku. Powinnam pewnie leżeć cały dzień... Nie potrafiłam tak. Udałam się do Londynu na zakupy. Potrzebowałam nowych ubrań... i może w końcu kupię zestaw kredek.
Wyskoczyłam z publicznego kominka. Dałam sobie kilka chwil na oddech po zawrocie żołądka. Paskudne efekty uboczne teleportacji. Poprawiłam słomkowy kapelusz, wielkie okulary przeciwsłoneczne i ruszyłam przed siebie. Pod kraciastą, krótką sukienką, miałam zwiewną koszulę w groszki i pomarańczowe rajstopy. Normalnie ubrałabym do nich białe kozaczki... ale było lato, a one i tak spłonęły kilka tygodni temu. Trampki musiały wystarczyć.
Ledwo zrobiłam kilka kroków, a dojrzałam dziewczynę leżącą na chodniku. Oczywiście wszyscy wokół byli zbyt zajęci, więc pomimo zaciskającego się znów żołądka, podeszłam do niej.
— Wszystko w porządku? — spytałam, bo dopiero z opóźnieniem dotarł do mnie obraz otarć i drobnych ranek na kończynach dziewczyny. — Ojej, masz może jakąś chusteczkę? Opłuczemy to wszystko wodą...
Nie znałam się na zaklęciach leczących. Byłam dziewczyną ze wsi. Jak coś się stało, to się polizało i gotowe. Jak ewidentnie przybrudzone to wodą i gotowe. Dopiero jak krew nie przestawała cieknąć, to szukało się rodzica po szybkie leczonko. U mnie na wsi było więcej różdżek niż plastrów.