11.05.2024, 15:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.05.2024, 22:45 przez Millie Moody.)
Powoli zbliżał się drugi miesiąc jej odsiadki, jej tortury, jej męki i udowadniania wszystkim, że nic jej nie jest. Incydent z ołówkiem nie pomagał, szczerość z terapeutą też już sobie odpuściła. Nie mogła mu wyjaśnić tych momentów, w których nie była pewna czy to co widzi i czuje jest prawdą czy nie, nie potrafiła mu wyjaśnić, że leki kurw nie działają, ale działa jak jej jebana współlokatorka wykurwi do izolatki. Nie mogła też absolutnie się przyznać, że możliwie często ją do tego prowokowała, żeby mieć jakiekolwiek szanse żeby zasnąć. Och, pod tym względem dragi z Lecznicy Dusz były wyborne. Spała jak dziecko posiadające jeszcze matkę. Spała i jadła, więc wyglądała lepiej. Gdyby nie ten jebany ołówek...
Millie siedziała w kącie pokoju, u wezgłowia szpitalnego łóżka. Ubrana była w białą koszulę, którą już zdążyła ubabrać czarnymi dłońmi oblepionymi węglem. Podrapała się nerwowo po bandażu, pozostawiając i na nim czarne odciski, a potem zamaszyście powróciła do swojego projektu. Ostrzyła węgiel o blat stolika cały wczorajszy dzień, wierzyła że nawet bez ołówka uda jej się osiągnąć efekt, uda jej się powiedzieć to co chciałaby, ale nie umiała, bo na języku wciąż i wciąż brakło słów.
I tylko malutki biały ptak wewnątrz oka czerni, malutkie białe ciało, które nie chciało być czernią. Czy ten niekompetentny idiota zrozumie to? Zrozumie, co wracało do niej tak często, bez względu na to, czy miała zamknięte oczy czy otwarte, czy trwała noc, czy dzień, czy życie, czy śmierć?
Wybrała życie. Mieli dużo pracy z Alastorem. Mieli dużo zadań, kazał jej, a ona mu obiecała.
Ręka nie zadrżała, ale gwałtownie uniosła się nad kartkę w połowie zapełnionego szkicownika, gdy klamka odskoczyła i ktoś zajrzał do środka. Była pochylona, leistą kaskadą opadły przez ramiona w dół, do kolan tego kruchego białego lotosu. Ściągnęła ramiona słysząc swoje imię wypowiedziane przez inne gardło niż to, któremu ufała. A potem podniosła głowę i zobaczyła ją, kruchą i słabą, o zamglonych błękitnych oczach, zszarzałych włosach w nieładzie. Zobaczyła swoje lustro, koszmar, nie będąc pewną i będąc pewną, że to co widzi nie jest prawdą.
Wzdrygnęła się. To mógł być lekarz, gość, inny pensjonariusz, lecz czyim koszmarem mogła być ona sama? To dziwne, jej oczy przecież nigdy nie miały koloru nieba. Jej oczy, teraz szerokie w zastygłym zdziwieniu, miały kolor miodu, były oczami węża, lub, jak wolała o sobie myśleć kiedyś – kota.
– Tak? – chciała powiedzieć najnormalniej jak potrafiła, ale z pomiędzy suchych warg wydobył się ledwie szept. Zmartwiała twarz, zapadnięta twarz, blada, nijaka, brzydka. Jak ktokolwiek mógłby pokochać takie straszydło, jak ktokolwiek mógłby chcieć spędzić przy nim więcej niż kilka chwil, a potem przeminąć, odejść, umknąć, uciec, porzucić. Poczuła jak zapadają się jej ramiona, w bliźniaczym do upiora geście, wróciła wzrokiem do rysunku, palce wolnej dłoni zadrgały mimowolnie, gdy zdobiący jej plecy piorun wysyłał prąd zmuszający do życia, reakcji, przypomnienie o tym, że podjęła decyzję, że przebiła błonę i urodziła samą siebie na szpitalną podłogę pachnącą spirytusem i lawendą. Tylko dlaczego musiała tę decyję podejmować cały czas? Każdego poranka? Każdego południa? Każdego uderzenia serca?
Przymknęła oczy i odetchnęła głęboko, przechodząc płynnie z pięciu rzeczy, które się widziało, do czterech, które się czuło. Czy to miało być cztery, które się słyszało? Nie ważne, jebać konwenanse narzucane przez skostniałego megapsychicznego ignoranta. Zapachy, koszmar przyniósł inne zapachy, ale te rzadko kiedy były aż tak zmieniane. Pierwsza była woń, świeżo wypalonego papierosa, och jak tęskniła za fajkami, pomagały jej się skupić... Dalej kadzidło, ale nie to do spania, ale na ukojenie nerwów. Niemalże były przesiąknięte tym ubrania gościa, biała koszula nocna, która pewnie ani nie była biała, ani nocna. Za oknem wciąż trwał dzień, choć gdzieś na horyzoncie grzmiało, to czarne chmury nie zdążyły nadejść. Dalej... złoto. Zmarszczyła nos. Subtelna woń bursztynu, zastygłej żywicy, kiedyś się śmiali że on pachnie tak jakby pachniał jej tęczówkami. Kiedyś, gdy tłumaczył jej po co człowiekowi poezja, kiedy zaklinał by poszukała więcej słów do wyrażania siebie niż kurwa i chuj.
– Peregrinus... – jego imię ułożyło się na języku, opadło jak pierze dawno nie widzianego ptaka, który powracał do kraju po długiej podróży. Mógł mieć na imię Ikar, bo był chłopcem, który latał wysoko, by ostatecznie roztopić wosk w swoich skrzydłach. – Peregrinus? – zamrugała odrzucając szkicownik i spoglądając znów w stronę drzwi z nadziej odrzucającą koszmar, przeganiającą marę, którą nie był. Trzy rzeczy, które trzeba poczuć. Zsunęła bose nogi na chłód białych kafelków i podbiegła do niego, szybko skracając dystans i oplatając go cienkimi witkami swoich ramion. Elegancki surdut. Miękkie kędziory pod palcami. Uderzenia spłoszonego serca, och... to chyba powinno być wtedy, kiedy trzeba czegoś słuchać. To był on, nie ona sama, ulga rozlała się wraz z nikłym, lichym samozadowoleniem, że udało jej się przebić przez bańkę własnych majaków z dociekliwością doświadczonej brygadzistki.
Nawet nie zauważyła kiedy zaczęła płakać, przyciskając jego ciało mocno do siebie. Przyciskając serce do serca, duszę do duszy.
Millie siedziała w kącie pokoju, u wezgłowia szpitalnego łóżka. Ubrana była w białą koszulę, którą już zdążyła ubabrać czarnymi dłońmi oblepionymi węglem. Podrapała się nerwowo po bandażu, pozostawiając i na nim czarne odciski, a potem zamaszyście powróciła do swojego projektu. Ostrzyła węgiel o blat stolika cały wczorajszy dzień, wierzyła że nawet bez ołówka uda jej się osiągnąć efekt, uda jej się powiedzieć to co chciałaby, ale nie umiała, bo na języku wciąż i wciąż brakło słów.
![[Obrazek: e86ee98d76d7f8b1e6101307a3c338e0.jpg]](https://i.pinimg.com/564x/e8/6e/e9/e86ee98d76d7f8b1e6101307a3c338e0.jpg)
I tylko malutki biały ptak wewnątrz oka czerni, malutkie białe ciało, które nie chciało być czernią. Czy ten niekompetentny idiota zrozumie to? Zrozumie, co wracało do niej tak często, bez względu na to, czy miała zamknięte oczy czy otwarte, czy trwała noc, czy dzień, czy życie, czy śmierć?
Wybrała życie. Mieli dużo pracy z Alastorem. Mieli dużo zadań, kazał jej, a ona mu obiecała.
Ręka nie zadrżała, ale gwałtownie uniosła się nad kartkę w połowie zapełnionego szkicownika, gdy klamka odskoczyła i ktoś zajrzał do środka. Była pochylona, leistą kaskadą opadły przez ramiona w dół, do kolan tego kruchego białego lotosu. Ściągnęła ramiona słysząc swoje imię wypowiedziane przez inne gardło niż to, któremu ufała. A potem podniosła głowę i zobaczyła ją, kruchą i słabą, o zamglonych błękitnych oczach, zszarzałych włosach w nieładzie. Zobaczyła swoje lustro, koszmar, nie będąc pewną i będąc pewną, że to co widzi nie jest prawdą.
Wzdrygnęła się. To mógł być lekarz, gość, inny pensjonariusz, lecz czyim koszmarem mogła być ona sama? To dziwne, jej oczy przecież nigdy nie miały koloru nieba. Jej oczy, teraz szerokie w zastygłym zdziwieniu, miały kolor miodu, były oczami węża, lub, jak wolała o sobie myśleć kiedyś – kota.
– Tak? – chciała powiedzieć najnormalniej jak potrafiła, ale z pomiędzy suchych warg wydobył się ledwie szept. Zmartwiała twarz, zapadnięta twarz, blada, nijaka, brzydka. Jak ktokolwiek mógłby pokochać takie straszydło, jak ktokolwiek mógłby chcieć spędzić przy nim więcej niż kilka chwil, a potem przeminąć, odejść, umknąć, uciec, porzucić. Poczuła jak zapadają się jej ramiona, w bliźniaczym do upiora geście, wróciła wzrokiem do rysunku, palce wolnej dłoni zadrgały mimowolnie, gdy zdobiący jej plecy piorun wysyłał prąd zmuszający do życia, reakcji, przypomnienie o tym, że podjęła decyzję, że przebiła błonę i urodziła samą siebie na szpitalną podłogę pachnącą spirytusem i lawendą. Tylko dlaczego musiała tę decyję podejmować cały czas? Każdego poranka? Każdego południa? Każdego uderzenia serca?
Przymknęła oczy i odetchnęła głęboko, przechodząc płynnie z pięciu rzeczy, które się widziało, do czterech, które się czuło. Czy to miało być cztery, które się słyszało? Nie ważne, jebać konwenanse narzucane przez skostniałego megapsychicznego ignoranta. Zapachy, koszmar przyniósł inne zapachy, ale te rzadko kiedy były aż tak zmieniane. Pierwsza była woń, świeżo wypalonego papierosa, och jak tęskniła za fajkami, pomagały jej się skupić... Dalej kadzidło, ale nie to do spania, ale na ukojenie nerwów. Niemalże były przesiąknięte tym ubrania gościa, biała koszula nocna, która pewnie ani nie była biała, ani nocna. Za oknem wciąż trwał dzień, choć gdzieś na horyzoncie grzmiało, to czarne chmury nie zdążyły nadejść. Dalej... złoto. Zmarszczyła nos. Subtelna woń bursztynu, zastygłej żywicy, kiedyś się śmiali że on pachnie tak jakby pachniał jej tęczówkami. Kiedyś, gdy tłumaczył jej po co człowiekowi poezja, kiedy zaklinał by poszukała więcej słów do wyrażania siebie niż kurwa i chuj.
– Peregrinus... – jego imię ułożyło się na języku, opadło jak pierze dawno nie widzianego ptaka, który powracał do kraju po długiej podróży. Mógł mieć na imię Ikar, bo był chłopcem, który latał wysoko, by ostatecznie roztopić wosk w swoich skrzydłach. – Peregrinus? – zamrugała odrzucając szkicownik i spoglądając znów w stronę drzwi z nadziej odrzucającą koszmar, przeganiającą marę, którą nie był. Trzy rzeczy, które trzeba poczuć. Zsunęła bose nogi na chłód białych kafelków i podbiegła do niego, szybko skracając dystans i oplatając go cienkimi witkami swoich ramion. Elegancki surdut. Miękkie kędziory pod palcami. Uderzenia spłoszonego serca, och... to chyba powinno być wtedy, kiedy trzeba czegoś słuchać. To był on, nie ona sama, ulga rozlała się wraz z nikłym, lichym samozadowoleniem, że udało jej się przebić przez bańkę własnych majaków z dociekliwością doświadczonej brygadzistki.
Nawet nie zauważyła kiedy zaczęła płakać, przyciskając jego ciało mocno do siebie. Przyciskając serce do serca, duszę do duszy.