12.05.2024, 02:00 ✶
Nie wierzył w bogów. Ani tych mugolskich, ani tych czarodziejskich. Nie wierzył w wyższe siły sterujące jego życiem. Wierzył w ślepy los i to, że miał cholernego pecha. Ani się nie urodził w bogatej, szczęśliwej rodzinie, która go chciała, ani nie urodził się na tyle chory, żeby zdechnąć, zanim zacznie prawdziwie cierpieć. Bez dokumentów, bez przeszłości. Wkroczył na ścieżkę przestępczą tak młodo, że nawet gdyby chciał, aby mu je legalnie wyrobiono, szybko wszczęto by przeciwko niemu dochodzenie. Bez przyszłości. Najpierw wśród normalnych ludzi, teraz już nawet wśród wyrzutków. Jutro pewnie zginie. Znowu mu się to przypomniało. Stanowiło to pewną niespodziankę - bo jak można myśleć tyle o własnej śmierci, pielęgnować wizję ciszy, jaka po niej nastąpi, a jednocześnie znaleźć przestrzeń na przejmowanie się tym, że jutro może cię już nie być? Psychika ludzka była zagadką. Psychika tego hipokryty była jeszcze bardziej skomplikowana.
- Mugole mają samoloty - powiedział, kompletnie ignorując jej równie pokręcone zapędy, to gdzie odpływała myślami, chociaż nie wypadało. Ale to były rejony, w które on też lubił się zapuszczać. Potrafił to zrozumieć. - Można z nich skakać ze spadochronem. - Nigdy tego nie robił, ale wiedział, że wiązało się to z bardzo, bardzo długim spadaniem. Z wysokości, na którą nie sposób było wznieść się inaczej, a przynajmniej on nie znał takiej możliwości. Nie dostrzegał w tym nic wyzwalającego, ale słyszał o burzy emocji, jaką czuło się, lecąc tak długo... On... Cóż, nie potrzebował skakać z samolotu. Był burzą sam w sobie.
Ona też wydawała się być taką burzą. Może nawet huraganem. Brzmiała i zachowywała się jak ktoś, kto chciał zmienić swoje życie, niszcząc po drodze jak najwięcej.
Nie wiedział, dlaczego jego słowa wywołały w niej aż taką reakcję. Spłoszyło go to, ale spłoszony czymś takim Crow nie odsuwał się od drugiej osoby, tylko przyciągał ją do siebie bliżej. Leżąc więc objął ją szczelnej, pozwalając sobie na taki gest, bo nie został odtrącony.
- Tak myślę - potwierdził. A skoro tak myślał, był też całkowicie pewny, że i reszta świata uznawała ją za atrakcyjną. On się w takich ocenach nie patyczkował, nie miał żadnego powodu, żeby kłamać. Była śliczna w ten zadziorny sposób, z pewnością zawróciła w głowie niejednemu chłopakowi, więc... Skoro nie była z tym, którego sobie wybrała, powodem nie był wygląd. Coś innego. Problem mógł znajdować się w nim, w niej, w ich wspólnej historii. Czasami gwiazdy układały się źle, czasami... Czasami ludzie byli kompletnymi idiotami, czego był przykładem. Podobała mu się tak bardzo, bo przypominała mu kogoś, kogo znał. Kogoś, kogo pragnął, ale nie mógł go mieć, jeżeli nie chciał zniszczyć jego życia swoją obecnością. Teraz myślał, że dałby sobie uciąć palec za to, żeby jeszcze raz zaznać jego bliskości bez konsekwencji, jakie miały z tego płynąć, ale nawet gdyby bogowie okazali się prawdziwi i dali mu tę szansę - w ostatecznej scenie pewnie by stchórzył. - Cyt co? - Wyglądał na spokojniejszego, kiedy dotykała mu głowy. Jego dłonie wybrały uda - bo lubił nogi - ale w tym zdradził się już wcześniej. Odrobinę bezczelnie sunął więc teraz palcem po bladej skórze i słuchał tegoż wyznania o spaleniu wszystkich listów. - Poczułaś jakąś ulgę? - Co on by miał spalić? Wspomnienia, myśli, uczucia? Nie dało się tego zniszczyć, można było tylko pogrzebać razem ze sobą.
Zadarł głowę, kiedy powiedziała coś, czego nie słyszał od niej nigdy wcześniej. Nagłą, niespodziewaną prośbę. Zwykle uciekała od niego tak szybko, jakby się sparzyła. Co zmieniło się dzisiaj? Ten papieros?
Z niemrawym spojrzeniem zabrał ręce, które do siebie przyciągała, ale wcale nie po to, żeby jej odmówić. On wyłożył się wygodniej na pościeli, tak żeby opierać się plecami o poduszki i przysunął ją do siebie, obejmując silnym ramieniem i wsuwając opuszki palców pomiędzy pasma jej włosów. Zdążył nauczyć się niektórych fragmentów skóry Mildred na pamięć - wiedział gdzie zrobiła sobie rany, których unikał, póki nie zasklepiły się zupełnie. Naprawdę była śliczna. Okaleczyła się tym obcięciem włosów. Rano pewnie będzie tego żałowała. Nic to jednak nie zmieniało.
Niestety nie potrafił jej odczytać. Nie wiedział, gdzie leżały jej limity. Mógłby nauczyć się ich tak jak i mapy zranień na jej skórze - ale tylko jeżeli mu na to pozwoli. Ciężko mu było mówić, otworzyć się przed kimś, ale miło mu się jej słuchało. Lubił ludzi bezpośrednich, nie dobierających pięknych słów na siłę. Chciałby posłuchać więcej, ale jak zawsze milczał, niczego nie zasugerował, ani o nic nie poprosił.
- Mugole mają samoloty - powiedział, kompletnie ignorując jej równie pokręcone zapędy, to gdzie odpływała myślami, chociaż nie wypadało. Ale to były rejony, w które on też lubił się zapuszczać. Potrafił to zrozumieć. - Można z nich skakać ze spadochronem. - Nigdy tego nie robił, ale wiedział, że wiązało się to z bardzo, bardzo długim spadaniem. Z wysokości, na którą nie sposób było wznieść się inaczej, a przynajmniej on nie znał takiej możliwości. Nie dostrzegał w tym nic wyzwalającego, ale słyszał o burzy emocji, jaką czuło się, lecąc tak długo... On... Cóż, nie potrzebował skakać z samolotu. Był burzą sam w sobie.
Ona też wydawała się być taką burzą. Może nawet huraganem. Brzmiała i zachowywała się jak ktoś, kto chciał zmienić swoje życie, niszcząc po drodze jak najwięcej.
Nie wiedział, dlaczego jego słowa wywołały w niej aż taką reakcję. Spłoszyło go to, ale spłoszony czymś takim Crow nie odsuwał się od drugiej osoby, tylko przyciągał ją do siebie bliżej. Leżąc więc objął ją szczelnej, pozwalając sobie na taki gest, bo nie został odtrącony.
- Tak myślę - potwierdził. A skoro tak myślał, był też całkowicie pewny, że i reszta świata uznawała ją za atrakcyjną. On się w takich ocenach nie patyczkował, nie miał żadnego powodu, żeby kłamać. Była śliczna w ten zadziorny sposób, z pewnością zawróciła w głowie niejednemu chłopakowi, więc... Skoro nie była z tym, którego sobie wybrała, powodem nie był wygląd. Coś innego. Problem mógł znajdować się w nim, w niej, w ich wspólnej historii. Czasami gwiazdy układały się źle, czasami... Czasami ludzie byli kompletnymi idiotami, czego był przykładem. Podobała mu się tak bardzo, bo przypominała mu kogoś, kogo znał. Kogoś, kogo pragnął, ale nie mógł go mieć, jeżeli nie chciał zniszczyć jego życia swoją obecnością. Teraz myślał, że dałby sobie uciąć palec za to, żeby jeszcze raz zaznać jego bliskości bez konsekwencji, jakie miały z tego płynąć, ale nawet gdyby bogowie okazali się prawdziwi i dali mu tę szansę - w ostatecznej scenie pewnie by stchórzył. - Cyt co? - Wyglądał na spokojniejszego, kiedy dotykała mu głowy. Jego dłonie wybrały uda - bo lubił nogi - ale w tym zdradził się już wcześniej. Odrobinę bezczelnie sunął więc teraz palcem po bladej skórze i słuchał tegoż wyznania o spaleniu wszystkich listów. - Poczułaś jakąś ulgę? - Co on by miał spalić? Wspomnienia, myśli, uczucia? Nie dało się tego zniszczyć, można było tylko pogrzebać razem ze sobą.
Zadarł głowę, kiedy powiedziała coś, czego nie słyszał od niej nigdy wcześniej. Nagłą, niespodziewaną prośbę. Zwykle uciekała od niego tak szybko, jakby się sparzyła. Co zmieniło się dzisiaj? Ten papieros?
Z niemrawym spojrzeniem zabrał ręce, które do siebie przyciągała, ale wcale nie po to, żeby jej odmówić. On wyłożył się wygodniej na pościeli, tak żeby opierać się plecami o poduszki i przysunął ją do siebie, obejmując silnym ramieniem i wsuwając opuszki palców pomiędzy pasma jej włosów. Zdążył nauczyć się niektórych fragmentów skóry Mildred na pamięć - wiedział gdzie zrobiła sobie rany, których unikał, póki nie zasklepiły się zupełnie. Naprawdę była śliczna. Okaleczyła się tym obcięciem włosów. Rano pewnie będzie tego żałowała. Nic to jednak nie zmieniało.
Niestety nie potrafił jej odczytać. Nie wiedział, gdzie leżały jej limity. Mógłby nauczyć się ich tak jak i mapy zranień na jej skórze - ale tylko jeżeli mu na to pozwoli. Ciężko mu było mówić, otworzyć się przed kimś, ale miło mu się jej słuchało. Lubił ludzi bezpośrednich, nie dobierających pięknych słów na siłę. Chciałby posłuchać więcej, ale jak zawsze milczał, niczego nie zasugerował, ani o nic nie poprosił.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.