Złośliwe przekomarzanie się chłopaków, zaczynało być coraz bardziej denerwujące, pomijając zwróconą uwagę Leonardo, za nie poczekanie na obecność pozostałych członków rodziny. Być może pojawienie się Lorien w kamienicy, trochę wyprowadziło go z standardowej rutyny każdego dnia w tej posiadłości.
Zauważając, iż z kobietą jednak nadal nie było dobrze, choć próbowała to ukryć, próbami samo obsłużenia się kawą, Richard odebrał od niej naczynie.
- Wróciła. Parę dni temu.Odpowiedział na jej pytanie, dość uważnie się jej przyglądając. Skoro pytaniem mu odpowiadała, to znaczy, że jeszcze z córką swojego męża się nie widziała. Tym samym wyjaśniła, że z Robertem wrócili w nocy. Szybko jednak ucięła temat, uwagę kierując do Selar, którą wcześniej zawołała. A skoro tak, Richard skierował surowe spojrzenie na chłopaków, aby przywołać ich do porządku.
- Chłopcy. Skończcie już tę dyskusję.
Rzucił dość stanowczo, poważnie do Charlesa i Leonarda, kierując na nich swój niezadowolony ojcowski wzrok, oceniający ich zachowanie. Dorośli, a nie umieją się przy stole zachować. Zirytował się. Jeżeli poskutkowało, nalał sobie kawy do kubka i odstawił dzbanek. Po chwili usłyszał znajomy głos. Skierował wzrok w kierunku wejścia do pomieszczenia.
Do jadalni na śniadanie, które dawno powinno się zacząć w rodzinnym komplecie, pojawił się wielce oczekiwany Robert. Tak. Richardowi ulżyło, widząc go całego, zdrowego w jednym kawałku. Choć nie okazał tego po obie, to jednak porozumiewawcze spojrzenie wymienił z Lorien, nic już nie mówiąc.
Niespodzianek nie było końca. Gdyż informacja o gościnności Stanleya przy stole rodzinnym, zaskoczyła Richarda, że spojrzał na brata pytająco "Co tu się odwala?", który zajął swoje miejsce u szczytu stołu. Pomimo upomnienia Leonarda, Robert wyjaśnił z przeprosinami obecność Borgina. Richarda zaczęło zastanawiać, czy coś się stało, że Stanley tutaj jest tak wcześnie z rana? Obecność Sophie Richard także zarejestrował. Czyli wstała, ale chyba długo ociągała się z przyjściem od razu do jadalni, skoro pojawiła się ze swoim rodzicem i… najpewniej nieświadoma tego, że i z przybranym bratem.
Richard, stojący wciąż przy swoim miejscu, jakie zawsze zajmował przy stole, obok brata, a obok jednego ze swoich synów (zapewne Charlesa), mając na przeciwko siebie szwagierkę, ruszył z miejsca, aby uściskiem dłoni przywitać się z gościem. Skoro tak Robert zaczął ”grę”, Richard ją pociągnął.
- Miło Pana widzieć.Kącik ust uniósł się ku górze w lekkim uśmiechu. Z jednej strony, dobrze było widzieć Stanleya w dobrym stanie, co znaczyło, że mimo sytuacji w Ministerstwie, daje sobie radę. Ale z drugiej, co on tutaj tak właściwie robił tak wcześnie?
Skoro Lorien go znała, podejrzewał, że i Sophie także został przedstawiony. Bratane nie znał jego synów. Wskazał mu wolne miejsca, aby wybrał gdzie spocząć, po czym wracając na swoje, zatrzymał się za zajmowanymi miejscami swoich dzieci, siedzących obok siebie.
- Leonard i Charles. Moi synowie. Nie miał Pan okazji ich jeszcze poznać.Przedstawił swoich chłopaków, przy wypowiadaniu każdego z ich imion, kładł dłoń na ich barku. Jakby chciał w ten sposób wskazać, że ten jest Leonard, a ten drugi Charles. Uświadomił właśnie Stanleya, że przedstawił mu jego kuzynów.
Jak i to miał za sobą, wrócił na swoje miejsce i tym razem usiadł na krześle. Miał nadzieję, że już nikogo więcej się nie spodziewają i mogą w końcu zjeść to śniadanie.
Jako że Selar biedna usługiwała Lorien i zaraz też Robertowi, Belenos z tacą ciastek, ruszył za pozostałymi domownikami do jadalni, aby ów tacę z ciasteczkami wykonanymi przez Sophie, postawić na odosobnionym pod ścianą stoliku. Pozostał na uboczu, gdyby ktoś potrzebował jego usług. Biorąc pod uwagę liczebność lokatorów i gości przy stole, która w ostatnich dniach powiększała się.