Więzy krwi były najistotniejsze, wpajano to im od najmłodszych lat. Nie zamierzała szukać dziury w całym i udawać, że jest inaczej. Musieli trzymać się razem, wspierać, aby plugastwo nie rozprzestrzeniło się w ich świecie. To było ważne. Szczególnie przy tym, jak aktualnie wyglądał świat, niektóre rodziny o tym zapominały, to był początek ich upadku, oni nie mogli upaść, wręcz przeciwnie musieli rosnąć coraz silniejsi, szczególnie, że Czarny Pan wreszcie wziął si za porządkowanie pewnych spraw, musieli pomóc mu doprowadzić je do końca. Pozbyć się zarazy, zniszczyć ją, nikt nie rozumiał tego lepiej od nich, od wybranych, tych, w których magiczna krew płynęła od pokoleń.
Belle była na początku swojej drogi, jednak mimo młodego wieku angażowała się bardzo mocno w te wszystkie sprawy. Wierzyła, że Czarny Pan to doceni, że zauważy jej zaangażowanie. Zależało jej na jego aprobacie, mogłaby poświęcić wszystko, byle osiągnął sukces. Wierna niczym pies, gotowa przybiec na każde zawołanie. Co ideologia potrafiła robić z ludźmi, może było w tym coś więcej, z czasem zaczęła traktować to jako coś więcej, wydawało jej się, że obdarzyła Lorda Voldemorta dużo silniejszym uczuciem, chociaż głupio jej było się przed sobą przyznać do tak banalnych uczuć, jak chociażby miłość. Czy można pokochać kogoś kogo się za bardzo nie zna? Platoniczne, złudne uczucie, ale istniało, czy tego chciała, czy nie.
Zdecydowanie często sięgała po ten kieliszek z winem, wydawało jej się, że to ułatwi jej otworzenie się przed kuzynem. Nie przywykła do żalenia się komukolwiek na cokolwiek, więc było to dla niej coś zupełnie nowego. Szczególnie, że czuła, że została niesprawiedliwie potraktowana.
Zauważyła, że uśmiech zaczął niknąć z jego twarzy, to utwierdziło ją w tym, że jej reakcja była odpowiednia, nie przesadziła, dodało jej to również odwagi. - W tym jest właśnie problem, to twój kuzyn, jeden z naszych. - Dodała cicho, bo głównie ta myśl powodowała, że nie do końca wie, co powinna zrobić. Nie mogła pozwolić sobie na normalną reakcję, bo mogłoby to spowodować jakiś większy konflikt między rodzinami.
- Odszczekać? i co, zawsze się udawało? - Mógł zauważyć, jak zaciska mocniej drobne dłonie na szklanym kieliszku, wystarczyło dodać jeszcze odrobinę siły, a pęknął by jej w ręce. Mimo wszystko, panowała nad sobą póki co na tyle, żeby nie niszczyć szkła. - Byłam u niego później, na kolacji, tyle, że to chyba tylko pogorszyło sprawę, zdałam sobie sprawę, że nie chce mieć z nim nic wspólnego. - Powiedziała lekko, jakby to nie było nic istotnego, chociaż czuła ogromne rozczarowanie, bo jeszcze niedawno wierzyła w to, że będzie szczęśliwa z Rodolphusem, jak widać to wszystko mogło się bardzo szybko zmienić. - Na pewno nie zostanę jego żoną, tylko nie wiem, jak się z tego wyplątać. - Huczne zręczyny miały zwiastować huczny ślub - niedoczekanie.