Kwestia małżeństwa Morpheusa była bardzo prosta. Nie, to złe określenie. Najpierw zapierał się, że i tak umrze młodo, więc nie warto niczego dla niego planować, później przeżywał wyraźnie widoczne załamanie nerwowe, więc matka dała mu spokój. Niedługo później zginęła starsza siostra wieszcza, co odsunęło ewentualne plany jeszcze dalej w kalendarzach rodziny, a później zaczęły się kolejne rodzinne perypetie. Młody Longbottom okopał się w swoich przekonaniach, a mając już wnuki, rodzice aż tak bardzo nie naciskali, powoli przekuwając swoją uwagę na młodsze pokolenie. Cenił sobie swoją wolność. Teraz za to obawiał się, że zwiążę się z kimś i zniknie, pochłonięty przez Departament Tajemnic lub swój własny dar. Zawsze uważał, że jasnowidzowie mają termin ważności.
— Preferuję być tą osobą w tłumie, która wie wszystko o wszystkim. Z doświadczenia wiem, że kontekst jest niesamowicie przydatny, dlatego, owszem, odrobiłem zadanie domowe — uśmiechnął się do niej szczerze, zęby błysnęły nieco przydługimi kłami, prawie jakby był wampirem, a nie miał wadę zgryzu. Wyraźnie dbał o swój wygląd i w przeciwieństwie do wielu Brytyjczyków w swoim wieku, nie cierpiał na przerzedzającą się linię włosów, zaburzało ją jedno miejsce, po prawej stronie, centymetr od pasma szarej siwizny, gdzie miał małą bliznę od uderzenia w dzieciństwie w stół.
— W takim razie, rozważyłbym też ostatnią możliwość, że przepowiednia dogorywała i magia słabła, więc została ukazana zgodnie z założeniami objawień, które potrzebują świadków. Ostatnie hurra i śmierć, niczym spadającej gwiazdy. Jest w tym coś romantycznego.
Dopił kawę. Na dnie filiżanki leżały fusy. Nie zajrzał do nich, celowo. Wiedział, co zobaczy, z pełną świadomością, że to ułudy jego umysłu, te szare kosmyki szaleństwa i oderwania od rzeczywistości. W końcu to, że był tu i teraz nic dla niego nie znaczyło, bo nie istniało żadne tu i żadne teraz. Czas nie postępował po sobie, nie należał do tego, co trwa w prostej linii. Dlatego Morpheus nie bał się tych, którzy wchodzili do głów. Nie sądził, by czarodziej, który zechce to zrobić, wyszedł z jego umysłu taki sam.
— Nie poznam jej treści, prawda? — zapytał, bez wyrzutu w głosie. — Czy takie pytania dopiero na drugiej randce?
Oparł podbródek na dłoni, którą wcześniej wliczał, w sposób, w jaki jest przypisywany zwykle nastoletnim uczennicom Hogwartu, które wzdychają do nowego profesora Obrony Przed Czarną Magią.