13.05.2024, 15:12 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.05.2024, 22:59 przez Millie Moody.)
To uczucie było dziwne. Jedyne w swoim pojebanym rodzaju. Wrażenie zarezerwowane dla kogoś, kto nosił przez całe życie długie włosy i nagle je stracił. Skalp był bardzo wrażliwym miejscem, a każde poruszenie pozostałości włosów przylegających tuż od niego, mile łaskotało, drażniło, pobudzało. Millie zawsze lubiła, gdy ktoś dotykał jej głowy, pełnej burz i myśli nieuczesanych, pełnej chaosu i tempa, które niejednokrotnie ją przygniatało. Koiło ją to i usypiało, czyjeś palce zatopione w długich pasmach, ciężar szczotki, delikatne, wybiórcze ciąganie na różne strony przy zaplataniu warkocza. Nigdy jednak nie doświadczyła tego, dotyku na niemal łysej skórze, chłodu liżącego kark, opuszków tak blisko. Co jakiś czas wtulone w niego ciało przeszywał więc dreszcz, a Millie nie trzeba było ciągnąć, w górę, by przysunęła się do niego bardziej, układając twarz w załomie szyi. Nie musiał też czekać na to, by odwzajemniła tą pieszczotę, by i jej rozczapierzone palce wsunęły się pod uchem niespiesznie, ale celowo, z rozmysłem pozbawionym przypadku.
Lustro odbijało lustro i kobieta milczała, choć cisza między nimi, przynajmniej w jej odbiorze, nie była niezręczna, ani przykra. Nie była też do końca ciszą, wypełniał ją szelest pościeli, tarcie palców o skalp, szum krwi, odgłosy rozmów z dołu, odgłosy ulicy zza zasłoniętego okna. Nie była to cisza, a cicha pieśń ulicznych, porzuconych dzieci, które nie potrafiły odnaleźć się w tym okrutnym świecie konwenansów, w których ludzie nie chcieli lub nawet nie wiedzieli jak im pomóc, jak dać im szansę na zrozumienie siebie i innych, a przede wszystkim szansy na lepsze życie. Millie uciekała w brutalny i prymitywny seks, by poczuć, że ktokolwiek ją chce, ale teraz, w ten dziwny wieczór wypełniony jej leżącymi wkoło czarnymi piórami, w tym delikatnym dotyku, który normalnie tak łatwo by ją znudził... teraz czuła się przez moment chciana. I bardzo chciała oddać mu to, we wzajemności, już nie gubić się w fantazji, nie szukać iluzji, a zedrzeć ją, spalić jak niewysłane listy i pukiel włosów. Być z nim, takim jaki był. Teraz.
Wąskie usta położyły wątłą pieczęć się na papierowej skórze ćpuna i degenerata. Człowieka złamanego. Dzikiego ducha odbijającego się od społecznych ścian. Następny pocałunek zasadziła pod linią ostro zarysowanej szczęki, następny szlakiem znalazł się na kanciastym policzku. Podsunęła się nieco wyżej dłońmi nie opuszczając jego głowy, licząc, że koi o tak samo, jak on koił ją. Gdy znalazła w końcu jego wargi nie zamykała powiek, patrzyła chłonąc jego pragnienie bliskości zmieszane z bólem istnienia, patrzyła na jego kruchość, nie widząc już w niej czegoś co jest zbyt słabe by żyć, ale odbicie odbicia, topiącą się w nieskończoności własną twarz. Chciałaby móc powiedzieć mu, że go kocha, bo sama rozpaczliwie chciałaby móc usłyszeć to samo, kiedyś, teraz, choćby teraz wprost z jego spierzchniętych ust. Mierzyła go już swoja miarą widząc jak reaguje, jak lgnie, jak cierpi w pieszczocie, ale boleśnie wiedziała jak bardzo sama siebie nienawidzi, a przez to i on w jej życiu zaistnieć zwyczajnie nie mógł. Zbyt blisko leżeli siebie, zbyt podobni, z jednej studni wydobyci, z jednego metalu, giętkiego glinu ściągającego pioruny ulepieni. Zupełnie jakby los chciał zadrwić z niej i tam gdzie winna widzieć granicę, nie dostrzegała jej, a tam gdzie granic nie było żadnych, przestrzeń jawiła nie do pokonania. Złociste oczy zeszkliły się teraz w końcu, przy kolejnym, pierwszym, ostatnim spotkaniu, w żałości nad sobą i nad nim, w spleceniu ciał i dusz, które chciałyby być po prostu przez kogoś chciane, ale siebie wzajem chcieć nie potrafiły.
Lustro odbijało lustro i kobieta milczała, choć cisza między nimi, przynajmniej w jej odbiorze, nie była niezręczna, ani przykra. Nie była też do końca ciszą, wypełniał ją szelest pościeli, tarcie palców o skalp, szum krwi, odgłosy rozmów z dołu, odgłosy ulicy zza zasłoniętego okna. Nie była to cisza, a cicha pieśń ulicznych, porzuconych dzieci, które nie potrafiły odnaleźć się w tym okrutnym świecie konwenansów, w których ludzie nie chcieli lub nawet nie wiedzieli jak im pomóc, jak dać im szansę na zrozumienie siebie i innych, a przede wszystkim szansy na lepsze życie. Millie uciekała w brutalny i prymitywny seks, by poczuć, że ktokolwiek ją chce, ale teraz, w ten dziwny wieczór wypełniony jej leżącymi wkoło czarnymi piórami, w tym delikatnym dotyku, który normalnie tak łatwo by ją znudził... teraz czuła się przez moment chciana. I bardzo chciała oddać mu to, we wzajemności, już nie gubić się w fantazji, nie szukać iluzji, a zedrzeć ją, spalić jak niewysłane listy i pukiel włosów. Być z nim, takim jaki był. Teraz.
Wąskie usta położyły wątłą pieczęć się na papierowej skórze ćpuna i degenerata. Człowieka złamanego. Dzikiego ducha odbijającego się od społecznych ścian. Następny pocałunek zasadziła pod linią ostro zarysowanej szczęki, następny szlakiem znalazł się na kanciastym policzku. Podsunęła się nieco wyżej dłońmi nie opuszczając jego głowy, licząc, że koi o tak samo, jak on koił ją. Gdy znalazła w końcu jego wargi nie zamykała powiek, patrzyła chłonąc jego pragnienie bliskości zmieszane z bólem istnienia, patrzyła na jego kruchość, nie widząc już w niej czegoś co jest zbyt słabe by żyć, ale odbicie odbicia, topiącą się w nieskończoności własną twarz. Chciałaby móc powiedzieć mu, że go kocha, bo sama rozpaczliwie chciałaby móc usłyszeć to samo, kiedyś, teraz, choćby teraz wprost z jego spierzchniętych ust. Mierzyła go już swoja miarą widząc jak reaguje, jak lgnie, jak cierpi w pieszczocie, ale boleśnie wiedziała jak bardzo sama siebie nienawidzi, a przez to i on w jej życiu zaistnieć zwyczajnie nie mógł. Zbyt blisko leżeli siebie, zbyt podobni, z jednej studni wydobyci, z jednego metalu, giętkiego glinu ściągającego pioruny ulepieni. Zupełnie jakby los chciał zadrwić z niej i tam gdzie winna widzieć granicę, nie dostrzegała jej, a tam gdzie granic nie było żadnych, przestrzeń jawiła nie do pokonania. Złociste oczy zeszkliły się teraz w końcu, przy kolejnym, pierwszym, ostatnim spotkaniu, w żałości nad sobą i nad nim, w spleceniu ciał i dusz, które chciałyby być po prostu przez kogoś chciane, ale siebie wzajem chcieć nie potrafiły.