22.12.2022, 23:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.05.2023, 11:33 przez Morgana le Fay.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Sauriel Rookwood - Piszę, więc jestem
Rozliczono - Victoria Lestrange - Piszę, więc jestem
Rozliczono - Victoria Lestrange - Piszę, więc jestem
10.02.1972
Przez ostatni miesiąc, ponad miesiąc, miała ręce pełne roboty. Po bardzo nieudanym wieczorze ostatniego dnia roku, Victoria, bardzo nie w sosie, wróciła do domu, złorzecząc pod nosem na swojego wspaniałego narzeczonego. Już nawet olała bycie grzeczną córeczką i wprost powiedziała swoim rodzicom, że wymagają od niej bardzo wiele, bo Sauriel jest nieokrzesanym chamem i pijakiem, który potrafi być, jak to ujął, miły, jedynie na czas maksymalnie jednej wypowiedzi, a poza tym to jest zwyczajnie wredny i obraża ją na każdym kroku, przez co nie była w stanie z nim praktycznie wcale normalnie porozmawiać. Że nawet nie próbuje jej poznać, że nawet nie próbuje się starać, żeby było choć minimalnie normalnie. A później, jak jej matka przychodziła do niej, że może jednak spotała by się z Saurielem wtedy i wtedy, to Victoria zwyczajnie odmawiała. Miała swoje wymówki – że nie ma czasu, bo praca. Cóż, nie było to kłamstwo, nie tak do końca, bo tuż po nowym roku przystąpiła do egzaminu, żeby już pełnoprawnie stać się aurorem. I, zgodnie z przewidywaniami, zdała śpiewająco. A to, wraz z narastającymi niepokojami, oznaczało, że rzeczywiście aurorzy mieli sporo pracy. Wiec technicznie… nie było to kłamstwo. Technicznie. Bo praktycznie, to gdyby chciała, to dałaby radę wygospodarować dla tego dzidziusia godzinę w porywach do dwóch. Maksymalnie! Bo na więcej nie zasłużył, zresztą nawet nie miała ochoty – miała go tak dość. Jej złość rzecz jasna stygła, gdy uciekła w wir pracy i bezsenności, ale gdy tylko sobie przypominała tę zblazowaną twarz, podpity, mrukliwy głos i bezczelne teksty, to na nowo się w niej gotowało. I dlatego tak uparcie ciągle znajdowała jakąś wymówkę. Nie, nie powiedziała, że zrywa w ogóle cały układ, po prostu odmawiała spotkania za spotkaniem. Rzecz jasna to te spotkania, które organizowały, najpewniej, ich matki. Albo próbowały organizować. Bo jakoś nie widziała, żeby jej ojciec próbował się mieszać w temat. Był poinformowany rzecz jasna, ale to nie on chodził do Victorii i nie pytał „a co powiesz na czwartkowy wieczór? Za tydzień?”.
To był jeden z takich dni po nieprzespanej nocy. Tori siedziała w swoim mundurze, czarnym jak egipska noc – koszuli, spodniach, czarnych butach, marynarce. Jedyny kolor, jaki się tam znajdował to srebrne wstawki. A siedziała za swoim biurkiem, w jednym z gabinecików – niedużym, w końcu była bardzo krótko stażem aurorem. Ślęczała nad raportami, nad mapą z zaznaczonymi miejscami, gdzie swoje ofiary zostawiał jakiś popapraniec. To była okropna sprawa, ginęli mugole i czarodzieje półkrwi – ale w tak nieludzki sposób, że część sił została przydzielona właśnie do tego, by go wytropić i skończyć z tym. Mugole czy nie. Oczywiście wszędzie w tych miejscach aż cuchnęło odorem czarnej magii więc… oto byli. Aurorzy. I była też ona: kot wśród aurorów, swoisty chrzest bojowy – ale ona tego tak nie widziała.
Ktoś zapukał do półotwartych drzwi, a Victoria uniosła głowę i spojrzała na dziewczynę, którą kojarzyła, że też odbiera kurs na aurora, ale jej zostały jeszcze dwa lata.
- Ktoś do ciebie przyszedł… Wpuścić? – zagaiła, a Victoria zmarszczyła brwi, nie bardzo wiedząc kto i po co miałby do niej przychodzić. Szef się nie zapowiadał, zresztą gdyby to był szef, to by nie było pytania, czy wpuścić. Więc…? Może jej matka się nudziła? Ale to by dziewczyna chyba powiedziała, że chodzi o jej matkę. Lestrange była lekko zdezorientowana, ale kiwnęła głową i nawet puściła kosmyk włosów, który od jakiejś godziny zawijała na palec. Zaczesała go za ucho. To był jeden z krótszych kosmyków, taki, który zawsze wypadał z koka – bo do pracy nosiła zawsze spięte włosy.
- Wpuść – nawet się wyprostowała na krześle. Nawet odrobinę poprzekładała papiery, żeby to biurko nie było nimi tak zasypane.