Crow pozwolił jej być tak blisko siebie jak chciała. On chciałby mieć ją jeszcze bliżej - może dało się jakoś, choćby na chwilę połączyć ludzkie dusze, może da się dotykać kogoś tak intensywnie, żeby zapomnieć o tych słowach wiszących gdzieś z tyłu tej rozmowy - jutro może zginąć. Jutro może go już nie być. Czy kiedy go dotykała, to widziała, że dotyka kogoś mogącego być w połowie trupem? Jakie to było dziwne uczucie. Wydawało mu się kiedyś, że przyjąłby wizję własnego odejścia z większym dystansem, skoro tak często fantazjował o śmierci. Okazało się coś nieprawdopodobnego - ktoś, kogo narracja pchała od zawsze w kierunku ulgi, jaką miało przynieść mu samobójstwo, ktoś w gruncie rzeczy martwy od samego początku historii - chciał dla siebie innego zakończenia. Może nie pchał się w objęcia kostuchy, krzycząc i kopiąc, ale wciąż trzymał się pazurami bruku, tak mocno, aby zerwać sobie paznokcie. Trzymał się tego bruku, nawet będąc świadomym braku przyszłości i przedłużania własnej agonii. To ona w nim to wyzwalała? Trochę był jej wdzięczny, a trochę chciał ją od siebie odepchnąć, bo zaraz się popłacze.
Wolałby wybrać miłość. Chciałby mieć głupie mieszkanie na obrzeżach głupiego Londynu. Chciałby mieć głupią pracę od ósmej do szesnastej. Chciałby mieć głupie dokumenty. Chciałby mieć głupich rodziców, którzy by go w ogóle nie rozumieli, ale zapraszali na głupie święta i wysyłali mu listy z głupich okazji, takich jak urodziny. Nigdy tego nie miał. Millie leżała na człowieku, który wymienił szajkę złodziei na szajkę przemytników i zanim zdążył się zorientować, stał się częścią szajki morderców. On nigdy nie chciał być mordercą. Co prawda nie wiedział, kim innym mógłby być, ale był całkowicie pewny tego, że nie chciał być mordercą.
Wolałby wybrać miłość, ale miłość nigdy nie chciała wybrać jego. To kruche ciało wtulone w niego z desperacji, stanowiło dla niego największą nagrodę za resztki dobroci tlące się gdzieś z tyłu jego głowy, kiedy Fontaine kazała mu podejmować decyzje, których nie chciał podejmować. Nie szkodziło, że miała go gdzieś. To było bardzo miłe, że chciała pocieszyć się akurat nim. Mogła zamknąć oczy i wyobrazić sobie, że był kimś innym. Pocałował ją nawet w czoło, może ten pocałunek w czoło zdoła opanować chaos, jakim była jej dusza.
Przesuwał palcami po jej włosach, bo tego chciała, ale teraz też po jej karku i plecach, bo on tego chciał. Szkoda, założyła tę koszulkę, to utrudniało mu ruchy. Bardzo dobrze, niech to będzie powolne. Przed chwilą chciał zażyć heroinę, przez to jak robiło mu się cholernie zimno, ale tajemnicza nieznajoma też potrafiła to zrobić. Nawet przykro mu się zrobiło, że poznała go akurat takim - wypranym z jakichkolwiek chęci - a nie kiedy chciało mu się jeszcze tańczyć i podrygiwać do muzyki. Ale gdyby nie poznali się teraz, nigdy nie zaznałby tego pocałunku, a ten pocałunek mu się podobał. Bo był jakiś taki niepoprawny, nieidealny, ale przez to prawdziwy. On lubił ludzi pozbawionych fałszu, o ile nie wpisywali się w kategorię bogatych, rozpieszczonych dzieciaków.
W przeciwieństwie do niej zamknął oczy. I nie wiedział, czy też tego chciała, ale on bardzo, bardzo chciał ten pocałunek pogłębić. Poczuć smak jej ust, chociaż wciąż spodziewał się odsunięcia od niego twarzy. Po pierwsze - bo był sobą, w najniższym momencie swojej egzystencji, nie potrafił spojrzeć na siebie przychylnym okiem. Po drugie - przed chwilą robił jej dobrze ustami, a nie wszyscy to lubili.
Wolałby wybrać miłość. Chciałby mieć głupie mieszkanie na obrzeżach głupiego Londynu. Chciałby mieć głupią pracę od ósmej do szesnastej. Chciałby mieć głupie dokumenty. Chciałby mieć głupich rodziców, którzy by go w ogóle nie rozumieli, ale zapraszali na głupie święta i wysyłali mu listy z głupich okazji, takich jak urodziny. Nigdy tego nie miał. Millie leżała na człowieku, który wymienił szajkę złodziei na szajkę przemytników i zanim zdążył się zorientować, stał się częścią szajki morderców. On nigdy nie chciał być mordercą. Co prawda nie wiedział, kim innym mógłby być, ale był całkowicie pewny tego, że nie chciał być mordercą.
Wolałby wybrać miłość, ale miłość nigdy nie chciała wybrać jego. To kruche ciało wtulone w niego z desperacji, stanowiło dla niego największą nagrodę za resztki dobroci tlące się gdzieś z tyłu jego głowy, kiedy Fontaine kazała mu podejmować decyzje, których nie chciał podejmować. Nie szkodziło, że miała go gdzieś. To było bardzo miłe, że chciała pocieszyć się akurat nim. Mogła zamknąć oczy i wyobrazić sobie, że był kimś innym. Pocałował ją nawet w czoło, może ten pocałunek w czoło zdoła opanować chaos, jakim była jej dusza.
Przesuwał palcami po jej włosach, bo tego chciała, ale teraz też po jej karku i plecach, bo on tego chciał. Szkoda, założyła tę koszulkę, to utrudniało mu ruchy. Bardzo dobrze, niech to będzie powolne. Przed chwilą chciał zażyć heroinę, przez to jak robiło mu się cholernie zimno, ale tajemnicza nieznajoma też potrafiła to zrobić. Nawet przykro mu się zrobiło, że poznała go akurat takim - wypranym z jakichkolwiek chęci - a nie kiedy chciało mu się jeszcze tańczyć i podrygiwać do muzyki. Ale gdyby nie poznali się teraz, nigdy nie zaznałby tego pocałunku, a ten pocałunek mu się podobał. Bo był jakiś taki niepoprawny, nieidealny, ale przez to prawdziwy. On lubił ludzi pozbawionych fałszu, o ile nie wpisywali się w kategorię bogatych, rozpieszczonych dzieciaków.
W przeciwieństwie do niej zamknął oczy. I nie wiedział, czy też tego chciała, ale on bardzo, bardzo chciał ten pocałunek pogłębić. Poczuć smak jej ust, chociaż wciąż spodziewał się odsunięcia od niego twarzy. Po pierwsze - bo był sobą, w najniższym momencie swojej egzystencji, nie potrafił spojrzeć na siebie przychylnym okiem. Po drugie - przed chwilą robił jej dobrze ustami, a nie wszyscy to lubili.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.