- To historia, tradycja i tyle. Nie mamy się czego wstydzić, ktoś musiał być pierwszy, wydaje mi się, że jest to powód do dumy.- Przynajmniej Gerry w ten sposób to traktowała. W końcu pochodziła z rodziny, w której magiczna krew płynęła od pokoleń. Czuła się dumna, że jest jej członkiem, dzięki temu znajdowali dosyć wysokie miejsce wśród czarodziejskiej społeczności, dzięki czemu mieli pieniądze - te były dla panny Yaxley dość istotne, o ile nie najistotniejsze w życiu. To, jaka krew płynęła w innych jej nie interesowało, najważniejsze było to, że to oni byli tymi, którzy od dawna mieli pewne miejsce wśród tego świata i nikt nie zamierzał tego negować.
- Ty za to powinnaś sobie zdawać sprawę, że często tych osobników jest zbyt wiele na tak małych terenach, przez co zbliżają się do ludzi i atakują ich domy. To nie jest czarno-białe. Nie jesteś osobą, która ma prawo oceniać to, czym się kierujemy, bo najwyraźniej nie rozumiesz pewnych rzeczy. Ludzie też muszą gdzieś żyć.- Widać było, że każda z nich widzi tylko swoje racje i nie dopuszczała możliwości, że jest w tym wszystkim jakiś kompromis.
- Spryt mi wystarcza, jakoś sobie radzę z tymi kilkoma umiejętnościami.- Geraldine wypiła zawartość swojej szklanki jednym haustem. Regina potrafiła jej podnieść ciśnienie, wyjątkowo. Zeskoczyła ze swojego krzesła i stanęła przed kuzynką. Skrzyżowała sobie ręce na piersiach. Miała w nosie to, że wszyscy się w nie wpatrywali, nie był to pierwszy raz, kiedy wdała się z kimś w kłótnię w barze.
- Tobie również wszystkiego dobrego kuzynko, naprawdę miło było Cię spotkać.- Yaxley zgarnęła swoją skórzaną kurtkę i odwróciła się na pięcie. Szybkim krokiem skierowała się w stronę drzwi, bo wiedziała, że jeszcze chwila i wybuchnie, a tego nie chciała. Nie miała zamiaru dać jej tej satysfakcji, którą by odczuła, gdyby rzuciła się na nią z pięściami, wszak byłoby to tylko potwierdzeniem tej tezy.