23.12.2022, 00:36 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.12.2022, 00:49 przez William Fletcher.)
Wracając do lady i swojego piwa, Billy pluł sobie w twarz, a raczej spróbował, gdyż plwocina dość mocno minęła jego podbródek i wylądowała na ziemi. Wywołało to kilka niezadowolonych głosów, ale chłopak wszystko to zignorował, skupiony bardziej na tu i teraz. Jakiego musiał mieć pecha, żeby spotkać tutaj Heather? Nie rozmawiali już od dobrych kilku lat, a konkretniej — od dnia, w którym dziewczyna odrzuciła jego zaręczyny. Nie obchodziło go, czy miała w tym jakąkolwiek rację, poczuł się urażony i zdradzony, cholernie mocno. Żadnego innego rozstania nie przeżył tak mocno i chociaż nieustannie wmawiał sobie, że mu przeszło, gdzieś głęboko w środku wiedział, że tak nie było. Czasami, gdy nikt (Dio) nie patrzył, śledził jej poczynania w gazetach i chociaż cieszyło go, że szło jej nieźle zawodowo, to było coś, czego zdzierżyć nie potrafił. Faceci, z którymi się spotykała, a było ich sporo, cholernie sporo. Fakt ten jedynie umacniał w nim poczucie zdrady i kłamstwa. Jeśli dziewczyna go nie lubiła, starczyło powiedzieć, a nie bawić się w jakieś kłamstewka, które finalnie i tak wyszło na światło dzienne.
Starczyła jedna, krótka chwila i cały wieczór spisany był na straty. Chociaż nie! Czemu niby to on miałby wybierać inny lokal?
Odkąd skończył Hogwart, miejsce to znajdowało się pośród tych, które najczęściej odwiedzał, ostatnimi czasy przeganiając nawet pracę. Nie, żeby Billy nie lubił współpracy z bratem, ale cała ta odpowiedzialność, punktualność i ogólnie rozumiana odpowiedzialność zaczynały dawać mu się we znaki. No bo naprawdę, ile można być poważnym? Po prostu musiał jakoś odreagować, a nie było lepszego sposobu niż kufel dobrego piwa i towarzystwo siostry. W sumie to szkoda, że jej tutaj teraz nie było. Mogłaby wyrzucić rudą i jakoś uratować ten wieczór. Jasne. Może i nie była właścicielem, ale pozycja barmana była chyba najważniejszą rolą w miejscach takich jak to! Jakieś miejscowe pijusy na pewno by posłuchały i wytargały ją z lokalu.
Rozsiadłszy się na siedzisku, wrócił do piwa, mając nadzieję, że zdoła jakoś wyrzucić z głowy całe to spotkanie. Oczywiście nie mogło to być tak proste. Gdy tylko znowu usłyszał jej głos, westchnął zdecydowanie głośniej, niż było to konieczne, robiąc przy tym minę pełną znużenia, irytacji i frustracji.
— Na waszym miejscu bym jej nie sprzedawał. Jest znanym kłamcą i oszustem. I kradnie. I... uciekła z Azkabanu. Najlepiej od razu wezwijcie aurorów — wymamrotał do barmana, nie obdarzając dziewczyny nawet krótkim spojrzeniem. Do czasu. Gdy bowiem zwróciła się bezpośrednio do niego, nie potrafił utrzymać nerwów na wodzy. Na jednym duszku wypił pozostałą jeszcze w szkle połowę trunku, po czym odwrócił się w jej stronę.
— Hmmm, niech pomyślę. Lubię Cię czy nie? — zaczął, po czym teatralnie przyłożył dłoń do podbródka, mrużąc przy tym oczy. — Ujmijmy to w ten sposób, Heather. Jeśli miałbym wybrać między przelizaniem się z dementorem, a randką z Tobą, założyłbym z dementorem rodzinę. I jeszcze wziął jego siostrę do trójkąta... czy czymkolwiek oni są. Nie wiem, chyba mają rodziny...? ZRESZTĄ, NIEWAŻNE — nagle jego ton głosu zrobił się gwałtowniejszy. Nawet wstał ze stołka, górując przez to nad dziewczyną. Jego wzrok zdradzał w tej chwili dwie rzeczy. Po pierwsze — był pijany, dość mocno. Po drugie — był zły i trochę zraniony, ale do głębszych uczuć trzeba by kogoś bardziej oczytanego niż Heather.
— I czy Ty naprawdę się dziwisz, że z Tobą nie gadam? Ja pierdole, dałaś mi kosza po roku związk... — tutaj urwał nagle, w szoku wpatrując się w coś, co dostrzegł dopiero teraz. — TY GO NADAL NOSISZ? Ja pierdole, co jest z Tobą nie tak??? Co, za mało Ci, że raz mnie upokorzyłaś i teraz chcesz mi o tym przypomnieć? Uuu, patrzcie ludzie. To ja, Heather Wood, doskonały gracz quidditcha. Patrzcie, to ten lamus, któremu dałam kosza, bo jestem kłamcą i oszustką — teraz już praktycznie krzyczał, powodując coraz większy niepokój pozostałej klienteli oraz barmana, który chyba zaczynał się przymierzać do tego, żeby go stąd wyrzucić. Billy jednak miał to gdzieś. W tej chwili nie istniało nic poza nim, Heather i wściekłością, która się z niego wręcz wylewała.
Starczyła jedna, krótka chwila i cały wieczór spisany był na straty. Chociaż nie! Czemu niby to on miałby wybierać inny lokal?
Odkąd skończył Hogwart, miejsce to znajdowało się pośród tych, które najczęściej odwiedzał, ostatnimi czasy przeganiając nawet pracę. Nie, żeby Billy nie lubił współpracy z bratem, ale cała ta odpowiedzialność, punktualność i ogólnie rozumiana odpowiedzialność zaczynały dawać mu się we znaki. No bo naprawdę, ile można być poważnym? Po prostu musiał jakoś odreagować, a nie było lepszego sposobu niż kufel dobrego piwa i towarzystwo siostry. W sumie to szkoda, że jej tutaj teraz nie było. Mogłaby wyrzucić rudą i jakoś uratować ten wieczór. Jasne. Może i nie była właścicielem, ale pozycja barmana była chyba najważniejszą rolą w miejscach takich jak to! Jakieś miejscowe pijusy na pewno by posłuchały i wytargały ją z lokalu.
Rozsiadłszy się na siedzisku, wrócił do piwa, mając nadzieję, że zdoła jakoś wyrzucić z głowy całe to spotkanie. Oczywiście nie mogło to być tak proste. Gdy tylko znowu usłyszał jej głos, westchnął zdecydowanie głośniej, niż było to konieczne, robiąc przy tym minę pełną znużenia, irytacji i frustracji.
— Na waszym miejscu bym jej nie sprzedawał. Jest znanym kłamcą i oszustem. I kradnie. I... uciekła z Azkabanu. Najlepiej od razu wezwijcie aurorów — wymamrotał do barmana, nie obdarzając dziewczyny nawet krótkim spojrzeniem. Do czasu. Gdy bowiem zwróciła się bezpośrednio do niego, nie potrafił utrzymać nerwów na wodzy. Na jednym duszku wypił pozostałą jeszcze w szkle połowę trunku, po czym odwrócił się w jej stronę.
— Hmmm, niech pomyślę. Lubię Cię czy nie? — zaczął, po czym teatralnie przyłożył dłoń do podbródka, mrużąc przy tym oczy. — Ujmijmy to w ten sposób, Heather. Jeśli miałbym wybrać między przelizaniem się z dementorem, a randką z Tobą, założyłbym z dementorem rodzinę. I jeszcze wziął jego siostrę do trójkąta... czy czymkolwiek oni są. Nie wiem, chyba mają rodziny...? ZRESZTĄ, NIEWAŻNE — nagle jego ton głosu zrobił się gwałtowniejszy. Nawet wstał ze stołka, górując przez to nad dziewczyną. Jego wzrok zdradzał w tej chwili dwie rzeczy. Po pierwsze — był pijany, dość mocno. Po drugie — był zły i trochę zraniony, ale do głębszych uczuć trzeba by kogoś bardziej oczytanego niż Heather.
— I czy Ty naprawdę się dziwisz, że z Tobą nie gadam? Ja pierdole, dałaś mi kosza po roku związk... — tutaj urwał nagle, w szoku wpatrując się w coś, co dostrzegł dopiero teraz. — TY GO NADAL NOSISZ? Ja pierdole, co jest z Tobą nie tak??? Co, za mało Ci, że raz mnie upokorzyłaś i teraz chcesz mi o tym przypomnieć? Uuu, patrzcie ludzie. To ja, Heather Wood, doskonały gracz quidditcha. Patrzcie, to ten lamus, któremu dałam kosza, bo jestem kłamcą i oszustką — teraz już praktycznie krzyczał, powodując coraz większy niepokój pozostałej klienteli oraz barmana, który chyba zaczynał się przymierzać do tego, żeby go stąd wyrzucić. Billy jednak miał to gdzieś. W tej chwili nie istniało nic poza nim, Heather i wściekłością, która się z niego wręcz wylewała.