14.05.2024, 20:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.05.2024, 21:15 przez Basilius Prewett.)
– Umh... Bardzo złe – zgodził się, patrząc w stronę burzy, jakby próbował oszacować ile czarów będą potrzebowali, by to jakoś naprawić.
Wyglądało na to, że Florence i Basilius mieli ten sam plan – podejść do pana Clarka samemu, po to by to drugie nie musiało ryzykować. Nawet jeśli Florence była lekko starsza od niego to dla Prewetta było to jasne, że to on powinien nastawić się na uderzenie piorunów, a nie ona. Szkoda tylko, że Bulstrode była najwyraźniej tego samego zdania, a co jeszcze gorsze, zdążyła ruszyć w kierunku zamieszania, zanim on jakkolwiek zareagował. I teraz nie mógł jej nawet odciągnąć i się kłócić, bo to wprowadziłoby jedynie jeszcze większy chaos, a oni mieli przecież burzę do odegnania! I co on tam chwilę wcześniej pomyślał na temat kochania rodziny?
– Florence – rzucił ostrzegawczo, głosem który jego kuzynka mogła doskonale znać. Używał go w tych nielicznych sytuacjach, gdy to on uważał, że to ona robiła coś głupiego (przy czym słowo głupie było tu bardzo szeroko definiowane), ale z jakiś powodów nie wypadało mu powiedzieć tego na głos. Taki odpowiednik dziecięcego głupia jesteś, ale wymawianego z całą świadomością tego, że byli dorośli, a on oskarżał o to jedną z najrozsądniejszych osób w tej rodzinie.
Jakkolwiek głupio-uparcie by jednak teraz Florence nie postępowała to Prewett musiał przyznać, że jej taktyka zadziałała. Pan Clark, nie mogąc usłyszeć grzmotów, rzeczywiście się nieco uspokoił i spojrzał na kobietę z wypisanym na twarzy przerażeniem.
– Ja... Ja... Ja bardzo chętnie... – wymamrotał, chcąc podać jej swoją rękę, ale potem zorientował się, że po jego dłoniach pełzają błyskawice i ukrył głowę w kolanach. – Na Merlina. Przepraszam.
W tym momencie Basilius rzucił kolejną porcję zaklęć rozpraszających, pod których naporem burza wywołana przez czar wreszcie zniknęła. Rozjaśniło się trochę, ale niestety szybko okazało się, że to burza pana Clarka zajmowała większą powierzchnię sufitu. Różnica jednak była na tyle widoczna, że sam pacjent ponownie podniósł głowę do góry.
– Przestało? Poszła sobie?– spytał wyraźnie uradowany i wciąż zestresowany, czego wyrazem była błyskawica, która bezdźwięcznie uderzyła w podłogę tuż obok Florence, a Basilius miał wrażenie, że zaraz dostanie zawału.
Rzucam, by chociaż rozproszyć to zaklęcie
Wyglądało na to, że Florence i Basilius mieli ten sam plan – podejść do pana Clarka samemu, po to by to drugie nie musiało ryzykować. Nawet jeśli Florence była lekko starsza od niego to dla Prewetta było to jasne, że to on powinien nastawić się na uderzenie piorunów, a nie ona. Szkoda tylko, że Bulstrode była najwyraźniej tego samego zdania, a co jeszcze gorsze, zdążyła ruszyć w kierunku zamieszania, zanim on jakkolwiek zareagował. I teraz nie mógł jej nawet odciągnąć i się kłócić, bo to wprowadziłoby jedynie jeszcze większy chaos, a oni mieli przecież burzę do odegnania! I co on tam chwilę wcześniej pomyślał na temat kochania rodziny?
– Florence – rzucił ostrzegawczo, głosem który jego kuzynka mogła doskonale znać. Używał go w tych nielicznych sytuacjach, gdy to on uważał, że to ona robiła coś głupiego (przy czym słowo głupie było tu bardzo szeroko definiowane), ale z jakiś powodów nie wypadało mu powiedzieć tego na głos. Taki odpowiednik dziecięcego głupia jesteś, ale wymawianego z całą świadomością tego, że byli dorośli, a on oskarżał o to jedną z najrozsądniejszych osób w tej rodzinie.
Jakkolwiek głupio-uparcie by jednak teraz Florence nie postępowała to Prewett musiał przyznać, że jej taktyka zadziałała. Pan Clark, nie mogąc usłyszeć grzmotów, rzeczywiście się nieco uspokoił i spojrzał na kobietę z wypisanym na twarzy przerażeniem.
– Ja... Ja... Ja bardzo chętnie... – wymamrotał, chcąc podać jej swoją rękę, ale potem zorientował się, że po jego dłoniach pełzają błyskawice i ukrył głowę w kolanach. – Na Merlina. Przepraszam.
W tym momencie Basilius rzucił kolejną porcję zaklęć rozpraszających, pod których naporem burza wywołana przez czar wreszcie zniknęła. Rozjaśniło się trochę, ale niestety szybko okazało się, że to burza pana Clarka zajmowała większą powierzchnię sufitu. Różnica jednak była na tyle widoczna, że sam pacjent ponownie podniósł głowę do góry.
– Przestało? Poszła sobie?– spytał wyraźnie uradowany i wciąż zestresowany, czego wyrazem była błyskawica, która bezdźwięcznie uderzyła w podłogę tuż obok Florence, a Basilius miał wrażenie, że zaraz dostanie zawału.
Rzucam, by chociaż rozproszyć to zaklęcie
Rzut PO 1d100 - 73
Sukces!
Sukces!
Rzut PO 1d100 - 37
Slaby sukces...
Slaby sukces...