– Och tak, grozi nam śmiertelne niebezpieczeństwo – zaśmiała się z błyskiem w oku i przeciągle spojrzała na Isaaca, a następnie spuściła wzrok na kawał drewna, który jeszcze nie tak dawno temu podskakiwał, hałasował i podążał za ludźmi. Był jeszcze kielich rozdający opryszczkę śmiałkom, którzy się z niego napiją, miecz bijący ludzi po głowie i pewnie masa innych durnowatych przedmiocików z pozoru tylko cokolwiek wartych. – Widzę, że trafił mi się bohater i rycerz gotowy bronić czci nadobnej niewiasty, godny zasiadania przy okrągłym stole wielkiego Króla – pociągnęła to jeszcze przez chwilę, ponownie wpatrując się w Bagshota. – Jakiż to wstyd i ujma na honorze, paść w obronie damy – och, o Anglikach wiedziała to i owo, miała z nimi do czynienia na przestrzeni lat, zresztą z jednym już trochę współpracowała – ten jednak nie był takim typowym dżentelmenem. Ginewra uważała, że Anglicy czasami zbyt mocno się puszą, a kij w tyłku mają tak głęboko wsadzony, że nie pozwala im się wyluzować, wszędzie tylko te protokoły, pozory, blabla… ale Bagshot to nie było nazwisko jednego z tych starych, czystokrwistych rodów, zresztą Isaac bardzo chętnie odpowiadał na jej zaczepki i z wzajemnością. Lubiła, gdy mężczyzna miał charakterek. – Coś mi się obiło o uszy – i nic nie zamierzała sobie z tego robić… tak długo jak oboje się dobrze bawili, bo rzecz jasna nie chciała mu sprawić żadnej przykrości którymś ze swoich żartów.
Przez moment pozwalała mu się obejmować, ale w końcu palce wolnej dłoni ułożyła na jego, by odczepić jego palce, po kolei, z jej biodra, a następnie obróciła się do niego przodem i uśmiechnęła się, wymownie patrząc na jego drugą dłoń, trzymającą ją za nadgarstek.
– To dość nierozważne, tak sobie igrać z dłonią dzierżącą różdżkę – zauważyła rozbawiona. – Co, gdyby mi się wyślizgnęła i przypadkiem wystrzeliła w ciebie zaklęcie niechcący? – nieco zniżyła głos, niemalże do szeptu: – Prosto w oczy? – i zaraz gdy to powiedziała, to się uśmiechnęła, całkowicie niewinnie. Ale chyba tylko głupiec wziąłby ten uśmiech za niewinny. Słyszała jego pytania – zwyczajnie postanowiła je zignorować, chcąc nie chcąc, różdżka była bardzo prywatnym przedmiotem, dopasowanym szczególnie do czarodzieja, który ją dzierżył, a tym bardziej dla kogoś, kto swoją przywiózł z Afryki, gdzie nie były tak powszechne i popularne jak na wyspach Wielkiej Brytanii. Tu można było po prostu pójść sobie do Ollivanderów i nabyć nową, a ona… jej własna była bardzo specjalna.