15.05.2024, 12:10 ✶
Przez lata samotności, przez życie na pograniczu społeczeństwa, żeby nie powiedzieć człowieczeństwa, Samuel miewał swoje przygody, miłostki, tego ranka jeszcze żegnał się ze swoim przyjacielem, nie mając świadomości jak świat wywróci wszystko do góry nogami. Przez te lata jednak różnych prób i podejść, żadna kobieta nie gięła go w swoich dłoniach tak jak Nora, żadna nie pachniała jak ona, żadnej oczy nie lśniły tak pięknie, żadnej głos, ciche westchnienia i pojękiwania, nie działały na niego tak oszałamiająco jak wszystko co składało się na obraz tej nie leśnej, a miejskiej nimfy, jedynego dobra, jedynej perły skrywanej przez nieprzystępny i przerażający Londyn. Jak księżniczka chroniona w wieży przez okropnego, smolistego smoka, a teraz nagle on, był właśnie tu, w samym sercu miasta, w jej komnacie, w jej ramionach.
Był absolutnie otumaniony tym uczuciem i nie myślał wcale o przyszłości, o związku, wszelkie przeciwności odleciały w niebyt, wszelkie smutki dąsy, wszystkie niewypowiedziane słowa. Nie myślał, tylko czuł, był, pragnął. Dłonie, gdy tylko udało mu się wyswobodzić z własnych spodni, coraz zachłanniej oplatały jej uda, sięgały bielizny traktując ją jako niepotrzebną już ostatnią barierę, pocałunki stawały się nieco mniej delikatne, a bardziej zaborcze, spragnione, zachłanne i zdesperowane. Jak mógł być tak głupi, by sądzić, że to nie jest miłość? Tak bardzo jak cierpiał, tak teraz był w euforii ich godowego tańca o ileż lepszego niż ten, który mogli pokazać innym na potańcówce kilka dni temu. Nie mieli pasujących do siebie strojów, ale byli tak samo głodni, byli tak samo zmęczeni latami czekania na zmianę.
– Ja... ja Ciebie też... t...tak myślę, och Nora... ja Ciebie też kocham. – Była jego i tylko jego, czuł to w swoim kośćcu, w mięśniach, w skórze, z każdym pchnięciem, z każdym pocałunkiem którym wsysał jej rozkosz, tonął w jej szczęściu i blasku, w jej pragnienie by być tylko jego.
Był absolutnie otumaniony tym uczuciem i nie myślał wcale o przyszłości, o związku, wszelkie przeciwności odleciały w niebyt, wszelkie smutki dąsy, wszystkie niewypowiedziane słowa. Nie myślał, tylko czuł, był, pragnął. Dłonie, gdy tylko udało mu się wyswobodzić z własnych spodni, coraz zachłanniej oplatały jej uda, sięgały bielizny traktując ją jako niepotrzebną już ostatnią barierę, pocałunki stawały się nieco mniej delikatne, a bardziej zaborcze, spragnione, zachłanne i zdesperowane. Jak mógł być tak głupi, by sądzić, że to nie jest miłość? Tak bardzo jak cierpiał, tak teraz był w euforii ich godowego tańca o ileż lepszego niż ten, który mogli pokazać innym na potańcówce kilka dni temu. Nie mieli pasujących do siebie strojów, ale byli tak samo głodni, byli tak samo zmęczeni latami czekania na zmianę.
– Ja... ja Ciebie też... t...tak myślę, och Nora... ja Ciebie też kocham. – Była jego i tylko jego, czuł to w swoim kośćcu, w mięśniach, w skórze, z każdym pchnięciem, z każdym pocałunkiem którym wsysał jej rozkosz, tonął w jej szczęściu i blasku, w jej pragnienie by być tylko jego.