Na pewnym etapie, gdy powrócił do Anglii, zaczął martwić się ilością alkoholu, którą konsumował, zwłaszcza gdy myślał o Charonie, niechaj gwiazdy przyjmą go do swego grona, zapijaczonego jasnowidza, za którego przepowiednią mieli podążać następnego dnia. Przerażała go myśl o tym, że mógłby się stoczyć na dno, tak jak tamten, nie odróżniając rzeczywistości, na dzień dobry wypijając o brzasku pół litra rumu, zamiast herbaty. Te wszystkie przemyślenia poszły jednak w las razem z Lammas, potańcówką Brenny, weselem u Blacków. U Millie też był alkohol, ale wolał go uniknąć, nie miał już dwudziestu-trzydziestu lat, jak reszta gości solenizantki.
— Tylko leczę kaca, panie Bagshot. — zaśmiał się. Wyglądał inaczej niż podczas ich spotkania w Ministerstwie i zdecydowanie lepiej, gdy porzucił kir. Na słowa papierosy, chociaż nie skierowane do niego, królicze ucho zastrzygło. Wyciągnął z kieszeni spodni swoją papierośnicę i zapalił. — Zresztą myślę, że poza ministerstwem możesz mówić mi po imieniu. Morpheus.
Podniósł się z koca, trzymając w ustach niezapalonego papierosa, coś strzeliło mu w kolanach, znak czasu, który upływał niestrudzenie. Przynajmniej wedle niektórych. Morpheus miał umysł inny niż wszyscy. Nie dość, że znał przyszłości, formę jaką przybierze czas, to mógł również wpływać na czas, który przeminął. Sekret, którego ciężar obciążał jego barki od wielu lat, sprawił, że mózg Morpheusa inaczej procesował upływ czasu. Nie istniało tu i teraz, ani wtedy ani później. Wszystko działo się wszędzie na raz, a on, mając na szyi zmieniacz czasu, ukryty pod ubraniem, stawał się jego częścią i dało się go spotkać w każdym punkcie czasu.
Podszedł do Isaaca, zapalając papierosa od mugolskiej zapalniczki. Z jakiegoś powodu nie przepadał za robieniem tego od różdżki.