Czy Cameron był w ogóle świadomy tego, że wylądował na zdjęciach w jednych z najbardziej poczytnych czasopism plotkarskich w kraju? Cóż... Tak jakby? Nie umknęło jego uwadze, że Heather na nich wylądowała, a skoro towarzyszył jej na balu i jeszcze wypytywano ich na sali o związek, to po prostu zaakceptował to, że pewnie zostaną wykorzystane fotki, na których byli razem. Czy wczytywał się w teorie dziennikarzy? Nie musiał. Wiedział, co mówili podczas wywiadu, ale znał też prawdę. Tę najprawdziwszą, która odbiegała nieco od wersji przekazanej prasie. Nie miał więc powodu interesować się tym, co wypisują na jego temat. To nie on był gwiazdą.
— Jesteś aż nazbyt miły — dorzucił jeszcze, zaskoczony tym, że został nazwany ziomeczkiem. Na dźwięk dosyć pozytywnego tonu głosu chłopaka. Był przyjemny dla ucha i przyciągający uwagę. A jak zaraz miało się okazać, także i kłopoty.
Slaby sukces...
Już miał się do niego odwrócić, co by się do niego uśmiechnąć, jednak zdołał wykonać pełny obrót, ujrzał pięść pędzącą na spotkanie z jego nosem, niczym rozochocony kochanek, który dowiaduje się, że rodziców jego dziewczyny nie ma w domu, a jest piątkowy wieczór. Kierowany instynktem, spróbował się uchylić. Niezdarnie i ślamazarnie z uwagi na otępienie sporą dawką alkoholu, ale jednak. Nie udało mu się. Przynajmniej nie do końca i nie z taką gracją, jak zamierzał. Wydał z siebie głuche jęknięcie, nie bardzo wiedząc, co się dzieje.
Oberwał bowiem prosto w policzek, który od razu zaczął go piec. Zszokowany tą nagłą napaścią, spróbował się cofnąć, jednak potknął się o własne nogi, co sprawiło, że wylądował na ziemi. Chwilę później tuż obok niego rozbił się kufel z piwem, które pochlapało jego ciuchy. Skrzywił się na spotkanie z podłożem, klnąc jak szewc i dotykając obolałego policzka. Kurwa, on to miał szczęście. Jedno wyjście do baru i od razu trafiał na jakiegoś pojebanego furiata, który chciał mu wpierdolić za to, że pojawił się w jego polu widzenia. Cholerna księżniczka.
— Popierdoliło Cię, kurwa? Ja jebię — odezwał się podniesionym głosem. Lupin próbował się podnieść, jednak starał się też utrzymać swój wzrok na napastniku, jakby to w jakiś sposób mogło powstrzymać go przed kolejnym atakiem. Stopniowo podnosił się na nogi, chociaż w głowie już mu dzwoniło. Nic dziwnego, w końcu przed chwilą mu w nią przydzwoniono. Gdzie były jego ziomki, gdy ich najbardziej potrzebował?
Jest chujowo, pomyślał, raz po raz zaciskając i rozprostowując palce obu dłoni. Nie miał pojęcia, czemu dostał z pięści. Przecież przeprosił. Strzelił oczami na boku, jednak szybko zorientował się, że napastnik blokuje mu jakąkolwiek możliwość ucieczki. Nie wyglądał też na takiego, który miałby mu zaraz odpuścić.
Adrenalina przejęła kontrolę nad jego odruchami i wyznaczyła mu jeden kierunek: do przodu. Jeśli musiał staranować tego ciemnowłosego przystojniaka, aby się ratować, to miał zamiar to zrobić! Cameron rzucił się do przodu, prosto na swego napastnika, licząc, że uda mu się zepchnąć go z drogi. Co zrobi później? Wybiegnie na ulice? Wbiegnie do baru?
Akcja nieudana