Gdy przychodzi Longbottom na Nokturn, wiedz, że coś się dzieje. Jego rodzina była poniekąd odwrotnością omenu, lub dla mieszkańców tego miejsca spod ciemnej gwiazdy, właśnie nim, znakiem ostrzegawczym nadchodzących czasów. Zwłaszcza, gdy ów Longbottom nie należał do patrolu BUM-u ani nie oglądał miejsca zbrodni jako auror, a zjawiał się tam w cywilu.
I wchodził do Wiwerny.
Po przestąpieniu kilku kroków wewnątrz lokalu, poczuł na sobie pierwsze spojrzenia tutejszej, lokalnej fauny i stałych bywalców niemal przyrośniętych do stołków w spelunie, przebijając pieniądze z kradzieży, rabunków i innych, nielegalnych akcji. Przynajmniej Longbottom próbował wtopić się w tłum, chociaż nazbyt wyprostowana sylwetka i charakterystyczny nos aż nadto wyróżniały go od reszty gości przybytku, razem z zapachem wody kolońskiej, która kosztowała więcej niż miesięczny utarg barmana. Tak przynajmniej chciał myśleć Morpheus. Kir bardzo prostej jak na siebie szaty pomagał mu nieco z wtopieniem się w tłum, zresztą, po kilku chwilach wszyscy zaczęli go ignorować, jakby stał się niewidzialny. Ot, czarodziej. Nie miał przecież Longbottom wytatuowanego na czole. Trochę zbyt czysty, z ładnymi dłońmi i wszystkimi zębami, zabłąkany czarodziej. Prędko odszukał wzrokiem posągową piękność, pannę Yaxley, ale najpierw zahaczył o bar, zamawiając piwo i koszyczek frytek. To pierwsze zabrał od razu ze sobą.
— Piękna jak zawsze — sprawił jej komplement, siadając na przeciwko niej. Nawet siedząc, widać było, że mężczyzna jest od Geraldine znacznie niższy, co nie przeszkadzało mu jej adorować, chociaż tego wieczoru w zamiarze miał jedynie nieco ją rozchmurzyć. — W czym mogę ci pomóc, Geraldine?
Zapytał bez owijania w bawełnę czy zabawy dookoła tematu. W kieszeni magicznej szaty nosił karty tarota, kryształy z wahadełka, kostki wróżebne, mógł wróżyć jej też z ręki, ale coś mu odpowiadało, a on nie odrzucał nigdy przeczucia, że nie chodzi wyjątkowo o jego dary profetyczne, a coś znacznie bardziej tajemniczego. Skupił się więc całkowicie na kobiecie, a nie na swoich domysłach.
Ciemne oczy wbiły się w Yaxley z absolutną powagą w oczekiwaniu, pianka z piwa cichutko pękała, tworząc jedną z wielu warstw dźwiękowych przestrzeni w której się spotkali. Wyłączył swoją uwagę całkowicie na muzykę, cięższe brzmienie rock'n'rolla, z tego co mu się wydawało oczywiście, skrzeczące nieco ze starego gramofonu, nie zwracał uwagi na rozmowy dookoła, szepty o planach i nadziejach, tak bardzo ludzkich i prawdziwych, łączących w swojej prostocie tych bogatych i tych biednych. Nie różnili się od siebie niczym oprócz statusu majątkowego.
!GerRuny