15.05.2024, 21:08 ✶
Nie których rzeczy się po prostu nie zapomina.
Vera wie o tym doskonale, bo choć minęły lat reminiscencje czasu spędzonego z tym mężczyzną nadal potrafią pojawiać się w jej umyśle. I nie wie, czy jest to zasługą wybitnej wręcz pamięci, urazy czy zwykłego, czystego sentymentu. Pamięta, że za Primitivo nie przepadał nigdy. Pamięta dotyk jego dłoni i to podniecenie, jakie buzowało po jej ciele gdy udawało jej się wciągnąć go w rozmowy dotyczące wielkich odkryć oraz śmiałych teorii…
- Nadal uważam, że tamta koszula nadzwyczaj nie pasowała do twej urody. - Mówi z cieniem uśmiechu błądzącym gdzieś po karminowych wargach. Pamięta, jak widywała go na korytarzach Świętego Munga. Pamięta projekt, zaproszenie w szeregi Departamentu Tajemnic, długie, nieprzespane noce… Pamięta nawet tamtą pieprzoną koszulę czy dziwne wywijasy wygrawerowane na jednej z klamek do drzwi. Błogosławieństwo niejednokrotnie bywało przekleństwem, bo choć pamięć utrzymywała w sobie wszystko nie raz przeciążała umysł czarownicy doprowadzając do migren oraz poczucia nadzwyczajnego wyrwania ze społeczeństwa. Rydwan myśli pędzi, podsuwa kolejne obrazy oraz informacje powiązane z projektem, a usta Very bezwiednie i bezgłośnie poruszają się, zupełnie jakby chciały wypowiedzieć słowa pojawiające się w jej głowie. Trwa to jedynie chwilę, po której mruga kilkakrotnie powracając pełnią uwagi w stronę swojego towarzysza.
Grymas ust, gdy ten mówi o jego odejściu, kobieta maskuje zamoczeniem ich w winie. Zna każdą nutę tego smaku, za każdym razem jednak rozkoszuje się nim w ten sam, niezmieniony sposób. I słucha uważnie, starając się powstrzymać kolejny napływ myśli.
Wzdycha w końcu delikatnie. Miała nadzieję, że ta rozmowa pozwoli jej podjąć rozsądną decyzję coś w jej środku rwie się jednak, by rzucić się w wir badań. Zaryzykować, poczuć dreszczyk tych wszystkich emocji, jakie towarzyszyły wielkim odkryciom… I nie chodziło tu o wilczą zamieć szalejącą w jej genach.
W milczeniu sięga po listy, by dokładnie się z nimi zapoznać. Studiuje uważnie każde słowo, każdy zawijas poszczególnych liter, każdy kleks, każdy błąd pojawiający się w obliczeniach. Wie, że Robert poczeka, wszak zbyt wiele stało na szali aby przekreślać możliwe nawiązanie współpracy. Nie wie ile czasu minęło, bowiem pochłonięta literaturą przestaje liczyć uderzenia swojego serca. Dziwny prąd podekscytowania przesuwa się pod jej skórą, wymaga by subtelnie przesunęła koniuszkiem języka po swoich wargach.
- Dlaczego ja? - Pyta w końcu, zaś zielone oczy przyglądają mu się uważnie. - Gdy ostatnio się widzieliśmy nie byłam dla ciebie wystarczająco dobra… Dlaczego więc ja? Co sprawiło, że to mnie chcesz w swojej grupie? - Pyta. Wszak nie zapomina się pewnych rzeczy, czyż nie? Z pewnością nie wtedy, gdy jest się Verą Travers, obdarowaną przekleństwem choroby Milforda. W jej głosie nie słychać jednak pretensji. W zasadzie kobiecy głos nie wybrzmiewa żadną emocją, zaś delikatne uniesienie kącików ust można uznać za mylące.
Negocjują.
Grają w dziwną grę podejść i ataków w której żadne z nich nigdy nie wygra, póki nie zaczną współpracować. W grę, w której nie ma miejsca na żale dawno złamanego serca czy pretensje… A jednak odpowiedź poznać musi, wie doskonale, że inaczej nic nie wyjdzie z tej słodkie współpracy, o ile w ogóle do niej dojdzie.
Kto wie, może jeszcze kilka rozdań i usłyszy tak rzadki acz słodki dźwięk proszę wypowiedzianego jego ustami?
Pewnych rzeczy w końcu się nie zapomina.
Vera wie o tym doskonale, bo choć minęły lat reminiscencje czasu spędzonego z tym mężczyzną nadal potrafią pojawiać się w jej umyśle. I nie wie, czy jest to zasługą wybitnej wręcz pamięci, urazy czy zwykłego, czystego sentymentu. Pamięta, że za Primitivo nie przepadał nigdy. Pamięta dotyk jego dłoni i to podniecenie, jakie buzowało po jej ciele gdy udawało jej się wciągnąć go w rozmowy dotyczące wielkich odkryć oraz śmiałych teorii…
- Nadal uważam, że tamta koszula nadzwyczaj nie pasowała do twej urody. - Mówi z cieniem uśmiechu błądzącym gdzieś po karminowych wargach. Pamięta, jak widywała go na korytarzach Świętego Munga. Pamięta projekt, zaproszenie w szeregi Departamentu Tajemnic, długie, nieprzespane noce… Pamięta nawet tamtą pieprzoną koszulę czy dziwne wywijasy wygrawerowane na jednej z klamek do drzwi. Błogosławieństwo niejednokrotnie bywało przekleństwem, bo choć pamięć utrzymywała w sobie wszystko nie raz przeciążała umysł czarownicy doprowadzając do migren oraz poczucia nadzwyczajnego wyrwania ze społeczeństwa. Rydwan myśli pędzi, podsuwa kolejne obrazy oraz informacje powiązane z projektem, a usta Very bezwiednie i bezgłośnie poruszają się, zupełnie jakby chciały wypowiedzieć słowa pojawiające się w jej głowie. Trwa to jedynie chwilę, po której mruga kilkakrotnie powracając pełnią uwagi w stronę swojego towarzysza.
Grymas ust, gdy ten mówi o jego odejściu, kobieta maskuje zamoczeniem ich w winie. Zna każdą nutę tego smaku, za każdym razem jednak rozkoszuje się nim w ten sam, niezmieniony sposób. I słucha uważnie, starając się powstrzymać kolejny napływ myśli.
Wzdycha w końcu delikatnie. Miała nadzieję, że ta rozmowa pozwoli jej podjąć rozsądną decyzję coś w jej środku rwie się jednak, by rzucić się w wir badań. Zaryzykować, poczuć dreszczyk tych wszystkich emocji, jakie towarzyszyły wielkim odkryciom… I nie chodziło tu o wilczą zamieć szalejącą w jej genach.
W milczeniu sięga po listy, by dokładnie się z nimi zapoznać. Studiuje uważnie każde słowo, każdy zawijas poszczególnych liter, każdy kleks, każdy błąd pojawiający się w obliczeniach. Wie, że Robert poczeka, wszak zbyt wiele stało na szali aby przekreślać możliwe nawiązanie współpracy. Nie wie ile czasu minęło, bowiem pochłonięta literaturą przestaje liczyć uderzenia swojego serca. Dziwny prąd podekscytowania przesuwa się pod jej skórą, wymaga by subtelnie przesunęła koniuszkiem języka po swoich wargach.
- Dlaczego ja? - Pyta w końcu, zaś zielone oczy przyglądają mu się uważnie. - Gdy ostatnio się widzieliśmy nie byłam dla ciebie wystarczająco dobra… Dlaczego więc ja? Co sprawiło, że to mnie chcesz w swojej grupie? - Pyta. Wszak nie zapomina się pewnych rzeczy, czyż nie? Z pewnością nie wtedy, gdy jest się Verą Travers, obdarowaną przekleństwem choroby Milforda. W jej głosie nie słychać jednak pretensji. W zasadzie kobiecy głos nie wybrzmiewa żadną emocją, zaś delikatne uniesienie kącików ust można uznać za mylące.
Negocjują.
Grają w dziwną grę podejść i ataków w której żadne z nich nigdy nie wygra, póki nie zaczną współpracować. W grę, w której nie ma miejsca na żale dawno złamanego serca czy pretensje… A jednak odpowiedź poznać musi, wie doskonale, że inaczej nic nie wyjdzie z tej słodkie współpracy, o ile w ogóle do niej dojdzie.
Kto wie, może jeszcze kilka rozdań i usłyszy tak rzadki acz słodki dźwięk proszę wypowiedzianego jego ustami?
Pewnych rzeczy w końcu się nie zapomina.