15.05.2024, 22:10 ✶
Niewielka, kobieca dłoń wędruje na tą, należącą do jej bratanka i delikatnie zamyka ją w subtelnym uścisku. W geście, na który nie pozwala sobie w stronę osób, które nic dla niej nie znaczą. Geście, który niemo zapewnia, iż choć jej matka postępuje w taki a nie inny sposób, ona będzie postępować inaczej. Nie zada niewygodnych pytań, nie zmusi do zwierzeń i meldowania się na zawołanie. Po prostu… będzie. Gdy pojawią się trudności, a na drodze znajdą się wyboje stanie obok aby wesprzeć ulubieńca. Słowem, ramieniem, pazurami czy czymś mocniejszym - nie istotne. Słowa w tym momencie zbędne nie odnajdują drogi na świat. Pozostają w ukryciu wraz z zakłopotaniem bądź niezręcznością, jaka mogłaby się między nimi pojawić. Jedno, drugie, trzecie… przy czwartym uderzeniu serca zabiera rękę, tym samym porzuca temat tych, z którymi dzielili krew. Bo choć coś w środku ściskało ją przy wyznaniu młodego Travers, tak Vera zwyczajnie nie miała zamiaru mieszać w tym kotle. Kocha rodzinę, to oczywiste, lecz jej rola nie polega na byciu klejem spajającym wszystkie ogniwa.
A przecież każdy ma jakąś rolę, którą pełni na rodzinnej scenie, czyż nie?
Unosi filiżankę do ust czym ukrywa grymas, jaki ciśnie się na jej usta. Ostatnie lata znaczył całun śmierci. Wpierw okrył Mannana, kilkanaście miesięcy później jej ojca i choć ten drugi nawiedza dalej rodzinną posiadłość… Vera wolałaby, aby jego duch odszedł. O wiele gorszym było widywać bliską osobę i wiedzieć, że już nigdy nie poczuje się jej dotyku, a dawne rytuały tracą ważność przez brak materii.
I jedynie zielone oczy przez chwilę błyszczą smutkiem.
- Twoje tajemnice są ze mną bezpieczne. - Zapewnia, choć wydaje jej się brzmieć to niezwykle trywialnie w jej ustach. Umie utrzymać tajemnice. Umie schować przed światem to, czego ten nie powinien oglądać. Jego słowa jednak… - Myślisz, że ma to jakiś związek z Fergusem i tym co się stało? - Pyta, a filiżanka ponownie znajduje się koło karminowych ust. Powiązanie wydawało się pozornie oczywiste, gdzieś w jej środku zaś czaiła się zwyczajna chęć zemsty i ukarania tego, który odebrał jej ojca. Wiele nieprzychylnych słów wypowiedziała kiedyś względem sędziów i do tej pory zdania co do nich nie zmieniła. Do tej pory marzy nieraz, że jej szczęki zaciskają się na gardle tamtego plugawca wyrywając go z materiału życia niczym niepasujący guzik.
Zawiesza się.
A raczej… zatrzymuje, zupełnie jakby Meduza zamieniła ją w kamienną statuę. Odpływa niesiona falami swojej pamięci, jak zawsze gdy choroba bierze nad nią górę. Usta, tuż przy krawędzi filiżanki poruszają się bezgłośnie w rytm tylko sobie znanych słów. Katalog haseł przewija się przed zielonymi oczami, podsuwając coraz to kolejne obrazy, informacje a nawet dźwięki.
- Pomysł… Tak, pomysł… - Mruczy cicho, nadal zawieszona w tym specyficznym oderwaniu od rzeczywistości, nieświadoma nawet słów, jakie ulatują z jej ust. W końcu, powinna mieć jakiś pomysł, czyż nie? Ktoś o tak dobrej pamięci, nie mógł być ich pozbawiony…
To nie po bożemu.
Kimkolwiek bóg był.
A przecież każdy ma jakąś rolę, którą pełni na rodzinnej scenie, czyż nie?
Unosi filiżankę do ust czym ukrywa grymas, jaki ciśnie się na jej usta. Ostatnie lata znaczył całun śmierci. Wpierw okrył Mannana, kilkanaście miesięcy później jej ojca i choć ten drugi nawiedza dalej rodzinną posiadłość… Vera wolałaby, aby jego duch odszedł. O wiele gorszym było widywać bliską osobę i wiedzieć, że już nigdy nie poczuje się jej dotyku, a dawne rytuały tracą ważność przez brak materii.
I jedynie zielone oczy przez chwilę błyszczą smutkiem.
- Twoje tajemnice są ze mną bezpieczne. - Zapewnia, choć wydaje jej się brzmieć to niezwykle trywialnie w jej ustach. Umie utrzymać tajemnice. Umie schować przed światem to, czego ten nie powinien oglądać. Jego słowa jednak… - Myślisz, że ma to jakiś związek z Fergusem i tym co się stało? - Pyta, a filiżanka ponownie znajduje się koło karminowych ust. Powiązanie wydawało się pozornie oczywiste, gdzieś w jej środku zaś czaiła się zwyczajna chęć zemsty i ukarania tego, który odebrał jej ojca. Wiele nieprzychylnych słów wypowiedziała kiedyś względem sędziów i do tej pory zdania co do nich nie zmieniła. Do tej pory marzy nieraz, że jej szczęki zaciskają się na gardle tamtego plugawca wyrywając go z materiału życia niczym niepasujący guzik.
Zawiesza się.
A raczej… zatrzymuje, zupełnie jakby Meduza zamieniła ją w kamienną statuę. Odpływa niesiona falami swojej pamięci, jak zawsze gdy choroba bierze nad nią górę. Usta, tuż przy krawędzi filiżanki poruszają się bezgłośnie w rytm tylko sobie znanych słów. Katalog haseł przewija się przed zielonymi oczami, podsuwając coraz to kolejne obrazy, informacje a nawet dźwięki.
- Pomysł… Tak, pomysł… - Mruczy cicho, nadal zawieszona w tym specyficznym oderwaniu od rzeczywistości, nieświadoma nawet słów, jakie ulatują z jej ust. W końcu, powinna mieć jakiś pomysł, czyż nie? Ktoś o tak dobrej pamięci, nie mógł być ich pozbawiony…
To nie po bożemu.
Kimkolwiek bóg był.