16.05.2024, 01:41 ✶
Wyglądanie codziennie tak samo było jakąś częścią wspólną ich egzystencji, chociaż u Flynna życie poprzestawiało w głowie zupełnie inne pstryczki niż u Caina. Flynn bardzo wcześnie zrozumiał, jak duże znaczenie miało to, co na siebie zakładamy - ludzie zwracali na to uwagę, oceniali przez pryzmat tego, a... nie, to nie było takie proste, kiedy nie widziałeś kolorów, kiedy podnosiłeś koszulkę na targu i wydawała ci się być zwyczajna, a każdy inny widział, że była pofarbowana w gryzące się pomarańcz i róż. Być może spodobałoby mu się to połączenie i chciałby to nosić, ale nie znał go, nie potrafił zrozumieć, co to znaczy, że kolory się ze sobą gryzły - czy na to ciężko było patrzeć? Jak na neonowe znaki, dla niego mające taką przyjemną, jasną aurę? Lubił o tym słuchać, ale co mu z tego - to były opowieści o nieznanym lądzie. Wszystko było łatwiejsze, kiedy mógł powiedzieć Fontaine, że potrzebuje ubrań, a ona mogła traktować jak rozrywkę wybieranie mu nowych spodni i płacenie za nie. Nie pamiętał, kiedy przestała to robić i dawała mu pieniądze do ręki, ale od tej pory już zawsze wyglądał tak samo. Te same spodnie, ta sama kurtka, te same buty, wszystko noszone tak długo, aż było znoszone i nie miał już wyjścia. Zanim się obejrzał, to właśnie był jego image. Coś, o czym ludzie myśleli pewnie, że było przemyślane, nie miało podłoża w potrzebie buntu tylko dysfunkcji, z którą nie potrafił sobie poradzić. Oczywiście, że nikomu o tym nie mówił, nikt normalny nie przyznałby się na Ścieżkach do posiadania tak katastrofalnego schorzenia - wystarczyłoby pisać o nim obelgi w kolorach niemożliwych dla niego do rozróżnienia, żeby z niego drwić. Mogliby zastawiać pułapki specjalnie na niego. Po prostu ubierał się jak ona, tak? A później zaczęło mu się to podobać, bo im mocniej nienawidził społeczeństwa, tym mocniej zauważał, jak łatwo było wyprowadzić innych z równowagi tatuażem na szyi i dziurami na kolanach, a to wszystko zgrywało się już z tym co nosił wcześniej. Kontynuował opowieść rozpoczętą przez ślepy los. Na przekór wszystkiemu i wszystkim.
Nigdy nie spodziewał się znalezienia w tej sytuacji. Stał przed lustrem, ubrany już w spodnie, buty, okulary i koszulę (dla spokoju ducha pożyczoną od siostry). Chciał ją zawiązać tak jak zawiązywał je zawsze, żeby mieć odsłonięty brzuch, ale wtedy coś w jego głowie powiedziało, że no przecież miał udawać, mógłby się minimalnie postarać. Rozwiązał więc ten supeł. Nie widząc swojego brzucha przypomniał sobie, jak leżąc przy cmentarzu Cain go komplementował, nie pamiętał już dokładnych słów, ale to na pewno było coś o tym, że powinien ten brzuch pokazywać. No to zawiązał supeł jeszcze raz. Następna myśl - bycie ślicznym nie znaczyło od razu, że nie wstydził się z nim wyjść. Wstyd był w tej relacji najświeższą raną, supeł został więc rozwiązany. Wtedy wyszedł z łazienki i zobaczył, jak Bletchley prasuje swoją koszulę i cóż... Uh... Jego miała zagniecenia od tego supła i... Nie wiedział co ma zrobić. Bardzo chciał żeby Cain był tam w tym barze szczęśliwy, a nie permanentnie zmieszany. Wrócił do łazienki, spojrzał w lustro jeszcze raz i westchnął. Zawiązał supeł jeszcze raz, nieco niżej niż wcześniej. Podwinął rękawy. Nie rozumiał co się z nim działo, przecież właśnie taki mu się podobał, nie wybrał sobie Crowa po to, żeby nie mieć Crowa. Nie kręci cię koleś zdolny do zrobienia sobie tatuażu na całe plecy na twoją cześć, jeżeli nie jesteś pierdolniety. No to o chuj chodziło? Zrozumiał to zaledwie kilka sekund później, stając obok Bletchleya. On ubrał się identycznie jak Alexander. Flynn nie widział kolorów, ale widział wzorek, krótkie spodnie, to jak luźno i przewiewnie w tym wyglądał. Skoro Cain wyglądał jak Alexander, a on wciąż wyglądał jak on, to nasłuchał się już wyjątkowo dużo komentarzy, aby przewidzieć każdy następny, jaki się pojawi. „Ale śmiesznie razem wyglądacie, jak z dwóch innych światów”. Śmiesznie. Nie poszli do tego baru póki nie całował się z nim wpierw tak długo, żeby samemu sobie udowodnić, że to oni byli śmieszni - oni byli śmieszni i durni myśląc sobie o nich jakieś rzeczy, kiedy Cain był jego. To na niego gapił się w ten sposób. Był. Kurwa. Jego. Nie zamierzał dać się przycisnąć jakimś frajerom. Takie komentarze bolały bardziej niż chciałby to przyznać, ale nauczył się kopać, szczekać i gryźć w odwecie, stworzył sobie całą pieprzoną osobowość tylko po to, żeby się nie zasłaniać, żeby się nie bać.
Osobowość, która teraz była mu bardzo potrzebna. Bo kiedy tylko wynurzyli się z leśnej ścieżki, a Cain puścił jego rękę (jeszcze ktoś by go wziął za geja, zrozumiałe), Flynn otworzył szerzej usta.
- Nigdy nie widziałem tutaj tylu ludzi - powiedział i w pierwszej reakcji nieco się skulił, jakby stracił część zapału do pomysłu spędzenia tu czasu. To nie było atrakcyjne dla niego przyjęcie. Zatrzymał się w miejscu, zrobił dwa głębsze wdechy i momentalnie się wyprostował. Tego wieczoru oboje nałożyli na siebie swoje maski.
Dla Flynna okazało się to nie być takie złe. Jak zawsze nastawił się na najgorsze, a ci ludzie okazali się być naprawdę mili. Był czarną kropką na tle tęczy, ale ta tęcza go akceptowała, zdążył już poznać grupę dziewczyn będących druhnami, a one wzięły go za jakiegoś znajomego panny młodej. Panna młoda również pojawiła się w tej scenie i chociaż się tego nie spodziewał - zagrała w jego grę - że niby go znała i cieszyła się, że przyszli, dając im nieme przyzwolenie na kręcenie się tutaj, jednocześnie (najwyraźniej celowo, dla zabawy) zmuszając go do wymyślenia reszty detali mających podtrzymać filary tegoż kłamstwa. Obserwujący go Bletchley widział go więc w sytuacji niby nietypowej, ale do przewidzenia - otoczony wianuszkiem dziewczyn wymieniał się z nimi jakimiś historiami i słuchał ich chichotów, niemal w ogóle nie bujając się do muzyki, chociaż szedł tu tanecznym krokiem, a dzisiaj rano obwieścił mu, że muzykę to on w gruncie rzeczy słyszał cały czas.
Nigdy nie spodziewał się znalezienia w tej sytuacji. Stał przed lustrem, ubrany już w spodnie, buty, okulary i koszulę (dla spokoju ducha pożyczoną od siostry). Chciał ją zawiązać tak jak zawiązywał je zawsze, żeby mieć odsłonięty brzuch, ale wtedy coś w jego głowie powiedziało, że no przecież miał udawać, mógłby się minimalnie postarać. Rozwiązał więc ten supeł. Nie widząc swojego brzucha przypomniał sobie, jak leżąc przy cmentarzu Cain go komplementował, nie pamiętał już dokładnych słów, ale to na pewno było coś o tym, że powinien ten brzuch pokazywać. No to zawiązał supeł jeszcze raz. Następna myśl - bycie ślicznym nie znaczyło od razu, że nie wstydził się z nim wyjść. Wstyd był w tej relacji najświeższą raną, supeł został więc rozwiązany. Wtedy wyszedł z łazienki i zobaczył, jak Bletchley prasuje swoją koszulę i cóż... Uh... Jego miała zagniecenia od tego supła i... Nie wiedział co ma zrobić. Bardzo chciał żeby Cain był tam w tym barze szczęśliwy, a nie permanentnie zmieszany. Wrócił do łazienki, spojrzał w lustro jeszcze raz i westchnął. Zawiązał supeł jeszcze raz, nieco niżej niż wcześniej. Podwinął rękawy. Nie rozumiał co się z nim działo, przecież właśnie taki mu się podobał, nie wybrał sobie Crowa po to, żeby nie mieć Crowa. Nie kręci cię koleś zdolny do zrobienia sobie tatuażu na całe plecy na twoją cześć, jeżeli nie jesteś pierdolniety. No to o chuj chodziło? Zrozumiał to zaledwie kilka sekund później, stając obok Bletchleya. On ubrał się identycznie jak Alexander. Flynn nie widział kolorów, ale widział wzorek, krótkie spodnie, to jak luźno i przewiewnie w tym wyglądał. Skoro Cain wyglądał jak Alexander, a on wciąż wyglądał jak on, to nasłuchał się już wyjątkowo dużo komentarzy, aby przewidzieć każdy następny, jaki się pojawi. „Ale śmiesznie razem wyglądacie, jak z dwóch innych światów”. Śmiesznie. Nie poszli do tego baru póki nie całował się z nim wpierw tak długo, żeby samemu sobie udowodnić, że to oni byli śmieszni - oni byli śmieszni i durni myśląc sobie o nich jakieś rzeczy, kiedy Cain był jego. To na niego gapił się w ten sposób. Był. Kurwa. Jego. Nie zamierzał dać się przycisnąć jakimś frajerom. Takie komentarze bolały bardziej niż chciałby to przyznać, ale nauczył się kopać, szczekać i gryźć w odwecie, stworzył sobie całą pieprzoną osobowość tylko po to, żeby się nie zasłaniać, żeby się nie bać.
Osobowość, która teraz była mu bardzo potrzebna. Bo kiedy tylko wynurzyli się z leśnej ścieżki, a Cain puścił jego rękę (jeszcze ktoś by go wziął za geja, zrozumiałe), Flynn otworzył szerzej usta.
- Nigdy nie widziałem tutaj tylu ludzi - powiedział i w pierwszej reakcji nieco się skulił, jakby stracił część zapału do pomysłu spędzenia tu czasu. To nie było atrakcyjne dla niego przyjęcie. Zatrzymał się w miejscu, zrobił dwa głębsze wdechy i momentalnie się wyprostował. Tego wieczoru oboje nałożyli na siebie swoje maski.
Dla Flynna okazało się to nie być takie złe. Jak zawsze nastawił się na najgorsze, a ci ludzie okazali się być naprawdę mili. Był czarną kropką na tle tęczy, ale ta tęcza go akceptowała, zdążył już poznać grupę dziewczyn będących druhnami, a one wzięły go za jakiegoś znajomego panny młodej. Panna młoda również pojawiła się w tej scenie i chociaż się tego nie spodziewał - zagrała w jego grę - że niby go znała i cieszyła się, że przyszli, dając im nieme przyzwolenie na kręcenie się tutaj, jednocześnie (najwyraźniej celowo, dla zabawy) zmuszając go do wymyślenia reszty detali mających podtrzymać filary tegoż kłamstwa. Obserwujący go Bletchley widział go więc w sytuacji niby nietypowej, ale do przewidzenia - otoczony wianuszkiem dziewczyn wymieniał się z nimi jakimiś historiami i słuchał ich chichotów, niemal w ogóle nie bujając się do muzyki, chociaż szedł tu tanecznym krokiem, a dzisiaj rano obwieścił mu, że muzykę to on w gruncie rzeczy słyszał cały czas.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.