16.05.2024, 01:49 ✶
Chciał wierzyć, że faktycznie to był tylko jeden incydent, kiedy nagle zebrało mu się na brutalną szczerość. Nie wyobrażał sobie funkcjonować tak na co dzień. Wprawdzie było coś ekscytującego w tym, jak na ten jeden dzień poniekąd przejął stery w ich relacji i samodzielnie wyznaczał jego kurs, jednak to po prostu nie był on. To był Cameron pozbawiony empatii. Zrozumienia. Łagodności, z jaką odnosił się na co dzień do Heather. Jakby nagle stracił cały filtr, a na piedestale nagle znalazł się on, a nie oni.
— Powinienem ci bardziej ufać, co? — zagadnął z krzywym uśmiechem, jak gdyby było to pytanie retoryczne. — W końcu z naszej dwójki, to ty jesteś tą bardziej obytą z niebezpieczeństwem. — Przez długi czas w jego oczach na podium królował Charlie po tych wszystkich perypetiach związanych ze Śmierciożercami, jednak teraz, gdy większość czasu spędzał w Warowni, Heather zdecydowanie zaczęła wdrapywać się na pierwsze miejsce w tym konkursie. — Chyba po prostu trochę mi się to nie mieści w głowie.
Chociaż tak wiele zmieniło się od czasu, gdy po raz ostatni przebywali razem w szkolnych murach, tak Lupin dalej miał wrażenie, że jedną nogą tkwił w Hogwarcie. Nie tęsknił za lekcjami, a przynajmniej nie wszystkimi. Niezbyt też tęsknił za gronem rówieśników, bo w sumie miał dosyć kameralną grupę przyjaciół przez cały swój okres nauki. Akademia zawsze jednak jawiła się jako miejsce bezpieczne od trosk świata na zewnątrz. Może to przez rutynę związaną z edukacją albo zabezpieczeniami Hogwartu, które tak dobrze izolowały uczniów od tego, co działo się w Londynie. Teraz jednak mógł jedynie marzyć o takim poczuciu bezpieczeństwa.
— Ty dla mnie też — zapewnił gorąco, wodząc wargami po jej skórze. — Gdyby nie ty... Chyba nie miałbym za bardzo, z czego się cieszyć w tym życiu. — Skrzywił się lekko na brzmienie tych słów, chociaż nie mógł zaprzeczyć, że były prawdziwe. Praca w Szpitalu św. Munga była absorbująca i poniekąd satysfakcjonująca, ale nie była jego całym życiem. A ostatnie czego chciał, to wylądować w sytuacji, gdzie czas wolny byłby jedynie przerwą przed kolejnym dyżurem. — Nie wiem, co bym bez ciebie zrobił.
Och, to nie pomysły Rudej były złe. Po prostu cała ta otaczka była czymś, co nie do końca zgrywało się z tym, jak został wychowany Cameron. Biorąc jednak pod uwagę to, że w ostatnich miesiącach dosyć chętnie zaakceptował swoją rolę jako ''narzeczonego panny Wood'', wiele wskazywało na to, że coraz lepiej radził sobie z tym, że w przyszłości wizyty na tych przyjęciach staną się swego rodzaju rutyną.
— Te wypady do nich możemy potraktować jako moją próbę zarażenia ich biedą i pustym portfelem — sarknął, prawie zanosząc się przy tym gromkim śmiechem. — Wprawdzie wolałbym, aby zapamiętano mnie jako kogoś, kto wyleczył jakąś fikuśną chorobę, ale sprowadzenie jakiejś zarazy na tych nadętych ważniaków, to też dobry układ.
Pokiwał głową i pozwolił Heather wytyczyć dalszą drogę przez sady.
— Może tym razem nie napotkamy na żadnego... Ducha? — Zmarszczył czoło, przypominając sobie, kiedy jakiś czas temu natknęli się na widmowego krewnego Florence. To było bardzo dziwne. — Chociaż... To chyba inna strona Doliny, prawda? — Podrapał się po głowie. Nie bywał tu zbyt często, toteż nie był zbytnio rozeznany w terenie.
— Powinienem ci bardziej ufać, co? — zagadnął z krzywym uśmiechem, jak gdyby było to pytanie retoryczne. — W końcu z naszej dwójki, to ty jesteś tą bardziej obytą z niebezpieczeństwem. — Przez długi czas w jego oczach na podium królował Charlie po tych wszystkich perypetiach związanych ze Śmierciożercami, jednak teraz, gdy większość czasu spędzał w Warowni, Heather zdecydowanie zaczęła wdrapywać się na pierwsze miejsce w tym konkursie. — Chyba po prostu trochę mi się to nie mieści w głowie.
Chociaż tak wiele zmieniło się od czasu, gdy po raz ostatni przebywali razem w szkolnych murach, tak Lupin dalej miał wrażenie, że jedną nogą tkwił w Hogwarcie. Nie tęsknił za lekcjami, a przynajmniej nie wszystkimi. Niezbyt też tęsknił za gronem rówieśników, bo w sumie miał dosyć kameralną grupę przyjaciół przez cały swój okres nauki. Akademia zawsze jednak jawiła się jako miejsce bezpieczne od trosk świata na zewnątrz. Może to przez rutynę związaną z edukacją albo zabezpieczeniami Hogwartu, które tak dobrze izolowały uczniów od tego, co działo się w Londynie. Teraz jednak mógł jedynie marzyć o takim poczuciu bezpieczeństwa.
— Ty dla mnie też — zapewnił gorąco, wodząc wargami po jej skórze. — Gdyby nie ty... Chyba nie miałbym za bardzo, z czego się cieszyć w tym życiu. — Skrzywił się lekko na brzmienie tych słów, chociaż nie mógł zaprzeczyć, że były prawdziwe. Praca w Szpitalu św. Munga była absorbująca i poniekąd satysfakcjonująca, ale nie była jego całym życiem. A ostatnie czego chciał, to wylądować w sytuacji, gdzie czas wolny byłby jedynie przerwą przed kolejnym dyżurem. — Nie wiem, co bym bez ciebie zrobił.
Och, to nie pomysły Rudej były złe. Po prostu cała ta otaczka była czymś, co nie do końca zgrywało się z tym, jak został wychowany Cameron. Biorąc jednak pod uwagę to, że w ostatnich miesiącach dosyć chętnie zaakceptował swoją rolę jako ''narzeczonego panny Wood'', wiele wskazywało na to, że coraz lepiej radził sobie z tym, że w przyszłości wizyty na tych przyjęciach staną się swego rodzaju rutyną.
— Te wypady do nich możemy potraktować jako moją próbę zarażenia ich biedą i pustym portfelem — sarknął, prawie zanosząc się przy tym gromkim śmiechem. — Wprawdzie wolałbym, aby zapamiętano mnie jako kogoś, kto wyleczył jakąś fikuśną chorobę, ale sprowadzenie jakiejś zarazy na tych nadętych ważniaków, to też dobry układ.
Pokiwał głową i pozwolił Heather wytyczyć dalszą drogę przez sady.
— Może tym razem nie napotkamy na żadnego... Ducha? — Zmarszczył czoło, przypominając sobie, kiedy jakiś czas temu natknęli się na widmowego krewnego Florence. To było bardzo dziwne. — Chociaż... To chyba inna strona Doliny, prawda? — Podrapał się po głowie. Nie bywał tu zbyt często, toteż nie był zbytnio rozeznany w terenie.