• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
« Wstecz 1 2 3 4 Dalej »
[11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme

[11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
178cm, ciemne

Esmé Rowle
#6
16.05.2024, 05:09  ✶  
I’ll lead you down the rosy path
All that you wish will come to pass
Don’t overthink it and don’t blink
It’s all happening

Tutaj się zgadzali - Bóg pragnął niszczyć. Ale niszczenie zawsze coś tworzyło. Kiedy spalisz dom, tworzysz zgliszcza. Zabijając człowieka... tworzysz żal i traumę w drugim. Nie istniało tworzenie, bez niszczenia i niszczenie, bez tworzenia. Wszystko miało dwie strony, o tym mógł wiedzieć każdy - dobrą i złą. Ale to od Ciebie zależało, z której strony siedzisz i patrzysz. Z jakiego kąta. A Esmé, na przekór swej ignorancji, nie siedział, lecz krążył wokół.

Oto szczyt narcyzmu. Tylko tutaj i tylko z nim mógł się czuć w ten sposób? Podążmy za tym głębiej, zaglądnijmy dalej. Zadajmy jedno pytanie więcej - dlaczego? Dlaczego tutaj i z nim? Laurent z pewnością miałby własną odpowiedź, schlebiającą samemu kaletnikowi, który rozumiał skutek jaki był przez Prewetta mylony z przyczyną. A przyczyną było to, że rzemieślnik walczył z marazmem. Dlatego rzucał się w taniec, dlatego każde spotkanie było tak... emocjonalne. Tak ryzykowne, a jednak nadzwyczaj spokojne. Że można było usłyszeć wszystko i zobaczyć wiele, bo Esmé był gotowy to dać. Był gotowy też brać. Przede wszystkim brać, bo był prawdziwym mącicielem. Jego cała osobowość była zlepkiem cech wyspecjalizowanych, by wpływać na innych. Nie w taki wyrachowany sposób, manipulując. Nie. Wystarczało, że należał do wystarczająco specyficznych osób, żeby ciężko było nie reagować na niego. Zupełnie zignorować jego zachowanie czy słowa. A to tworzyło emocje, za które desperacko chwytał, pożerając je na surowo. I pragnąc więcej. I więcej. I jeszcze więcej. Wyspecjalizowany w tym jednym kierunku - by przetrwać. Z samym sobą. Niczym autodestrukcyjny ksenomorf.

Uniósł nieco brew, zdając sobie sprawę, że może nie jest tak sprytny, jak uważało jego nadmuchane ego. Zupełnie nie rozumiał zachowania blondynki, jej słów. Wydawały się takie... precyzyjne, a jednak Rowle nie miał zielonego pojęcia w co jego pszczółka celuje swym żądłem. A jednak odczuwał gdzieś w sobie delikatne ukłucia. Coś... się odzywało. Coś reagowało. Jego własna broń przeciwko niemu? Takie odczucia również lubił.

Jego pracownia może nie była tak totalnie nieznana, ale zdecydowanie nie należała do miejsc, o których ludzie po prostu mówili. Zważywszy, że główną klientelę stanowili mieszkańcy Nokturnu, toteż informacja była cenna. Nie tak łatwo rozdawana na prawo i lewo. Jeżeli już o niej mówiono, to bardziej o samym miejscu, z rzadka ktoś pamiętał nazwę, a Esmé jeszcze rzadziej się przedstawiał. On nie był w tym wszystkim istotny - swoim własnym zdaniem. Liczyło się jego rzemiosło i nie musiało być podpisane jego imieniem. Nikt inny nie musiał wiedzieć jakie dzieła stworzył. Wystarczyło, że wiedział to sam. Że sam doskakiwał do swoich poprzeczek w pustej sali. A jednak blondynka nie tylko tutaj trafiła, a nawet znała nazwisko rezydującego rzemieślnika. Nie było przypadków. Tak, jak nieprzypadkowe były słowa o narzędziach, które rzekomo jej dał. Co miała na myśli? Dalej był zagubiony. W takim stanie nie mówił, a myślał. Nie wypowiadał słów, za którymi nie szły myśli lub nawet całe filozofie.

Uśmiechnął się delikatnie, gdy jego ręka została uprzejmie odtrącona. Zatem i w jego królestwie pojawiała się świętość, jakiej nie mógł skazić swym wpływem. Nie bez jej zgody. Tak czy inaczej - dokonał swego, zajrzał w błękit, zbliżył twarz do tafli, ale nie, oj nie. Nie zanurzył się. Patrzył jedynie w głębię licząc na to, że z jej brzegu dostrzeże samo dno. Albo zrozumie, co kryje się na nim, bez nawet zobaczenia go.

Podążał wzrokiem za blondynką, która przechadzała się po jego pracowni. Ponownie - pszczoła na skórze. Czego chciała? Przecież nie był kwiatem. Dlaczego zatem tutaj wylądowała? Czemu była taka pewna, że to właśnie kwiat? I tak, to był zegar. Stary zegar, który wciąż potrzebował trochę renowacji, gdyż tarcza była... nieczytelna. Czarne cyfry na złoto-perłowej tarczy dawno wyblakły i nawet zostały starte od nadzwyczaj gorliwego wycierania przez pokojówkę - zdaniem byłego właściciela albo pracownika lombardu, który sprzedawał taką bajeczkę Esmé. Bez znaczenia. Rowle zajmował się nie tylko tworzeniem, ale również renowacją. Stąd w jego pracowni było tak wiele rzeczy. Tak różnych. Ponad połowa wykonana od początku do końca przez samego właściciela, a część jedynie była odrestaurowanymi przedmiotami. Żaden nie był jednak tak po prostu naprawiany. Każdy z nich musiał posiadać duszę Esmé. Przynajmniej jej cząstkę. Coś, co było ponad. Coś, co sprawiało, że przedmiot stawał się piękniejszy. Że... oh, wydawał się piękniejszy, niżeli był wcześniej. Brzmiało znajomo?

I tym elementem dodającym piękna zegarowi miało być wahadło. Przynajmniej na ten moment, bo na niedziałającym zegarze stała karteczka z napisem "nie na sprzedaż". Bo nie był jeszcze skończony. Wahadło było wykonane z kości - ta przypominała grot włóczni i... kiedyś nią była, jednak trzymanie całej włóczni w pracowni było, ekhem, niewygodne w ten i ten drugi sposób. Zatem Esmé przerobił grot, wyszlifował go bardziej i wydrążył wnętrze, by stworzyć z niego ozdobę, niczym swoistą zawieszkę do wisiora. Grot miał wewnątrz misternie wyrzeźbione wzory spirali, zawijających się w różnych kierunkach. Wzory te... wyrzeźbione były na wylot, co miało dodawać efektu "wow", bo takie rzeźbienie w kości było bardzo ryzykowne - w końcu kość w środku nie była tak gęsta. Wystarczyło zagłębić się za daleko i... dziura. Wahadło wisiało na skórzanym rzemieniu, a tarcza... nie była nawet za bardzo widoczna, gdyż szkło za którym się znajdowała było bardzo zamglone i zniszczone. Ah, i brakowało wskazówek.

Zaciągnął się papierosem, przyglądając się jak kobieta zbliża się do drzwi. Czyżby to było wszystko? Gdyby teraz wyszła... naprawdę stworzyłaby zagadkę, której Esmé wiedział, że nie dałby rady rozwiązać ot tak. Niezbyt zaskakującym, przynajmniej dla niego, faktem było to, że nie chciał, aby opuszczała jego pracownie. Przecież była tak... ciekawa. Jej uroda teraz stanowiła atut, który musiał zostać zepchnięty z podium. Teraz to był tylko miły dodatek. Bardzo miły dodatek.

Uśmiechnął się do siebie, gdy jednak zdecydowała się zostać. Wypuścił dym, który nieświadomie wstrzymał, obserwując jej decyzję. Tak samo wstrzymał dym w płucach, gdy pochyliła się nad nim. Miał na tyle kultury osobistej i zwyczajnie nie chciał jej zrazić do siebie tak durnym zachowaniem. Jeżeli już miał ją obrażać, to chociaż w jakiś imponujący sposób. Chociaż tyle mógł od siebie wymagać.

Mówiłem. Mówiłem ci? Pięknym kłamstwem? Koszmar? Skóra która się rozmyje? Morskie fale? I imię, znała... znał imię? Oczy Esmé rozszerzyły się, dłoń oparta swobodnie o podłokietnik fotela nieco otworzyła się, a papieros pomiędzy palcami niebezpiecznie zawahał, jakby zaraz miał wypaść. Słowa odbijały się w umyśle Rowle, bo ten na moment stał się pusty. Zupełnie pusty. Odbijał jedynie echem to, co do niego wpadało. Pusty... a może zwyczajnie wyłączony? Dlatego panowała cisza. Ale na krótko. Zaraz tryby machiny ruszyły. Gwałtownie. Spojrzenie się zwęziło, a dłoń zacisnęła, łamiąc w pół resztkę papierosa. Prychnął, ale nie wyglądał na rozbawionego. Ugasił złamanego szluga, odsuwając popielniczkę od siebie i podniósł się z fotela.

Zaskrzypiał fotel, a później słychać było tylko stukanie twardych podeszw jego półbutów. Teraz to on skierował się do drzwi, powoli, ale pewnie, chociaż jego mina wyrażała teraz... nic. A jednak w ruchach widać było swoistą ciężkość, jakby to wszystko było trudną decyzją. Jakby szedł właśnie na własną egzekucję, pogodzony z nią, ale wciąż o ciężkim sercu. Z duszą we własnym gardle.

Sięgnął do plakietki i obrócił ją.

Zamknięte.

Zaraz obrócił siebie na pięcie, wwiercając natychmiast swe spojrzenie w Laurenta. Tak, to był on. Mógł pozostać anonimowy długo, znacznie dłużej z pewnością. Może i całe spotkanie. Ale nie. Zrobił to świadomie. Przyszedł tutaj świadomie, a teraz świadomie jedynie delikatnie uchylał maskę, by kaletnik mógł się domyślić. Dobrze, panie Prewett. Chciałeś grać w grę, to zagrajmy. Esmé również potrafił grać i nie potrzebował do tego zaklęć. Chociaż kochał Prawdę, tak potrafił kłamać, jak niewielu. Właśnie dlatego, że wiedział jak działa Prawda, że dążył do niej. Badał kłamstwa, by poznać Prawdę. I niekiedy korzystał z kłamstw - prawie wyłącznie dla swej pracy. Teraz... nie zamierzał kłamać. Nie za bardzo. Zamierzał jednak okłamać samego siebie, że w tej osobie, która stała naprzeciwko niego, nie widział Laurenta. Widział... kogoś kto był i nie był nim. Odbicie Laurenta w krzywym zwierciadle.

Nadal trochę nie wierzył, że to działo się naprawdę. Że to tak się potoczyło. Że Laurent naprawdę to zrobił. Ale złożył zamówienie, niech otrzyma produkt, a cena... przecież zgodził się na każdą, czyż nie? Taki cyrograf podpisywało się przecież na wejściu do jego pracowni. A teraz proszę, proszę za mną. Oto ścieżka usłana różami tak, jak chciałeś. Pamiętaj jednak, że Esmé kochał wszystko za piękno i brzydotę. Za dobro i zło. Za zalety i wady. Róże, tak. Ale i kolce.

- Jesteś ciekaw? - zapytał beznamiętnie, przechylając głowę na bok. Tak, "ciekaw". Mógł wiedzieć i zachowywać się jakby wiedział i nie wiedział. Tak jak Laurent był i nie był tutaj. Rzemieślnik znów ruszył, wrócił na swoje miejsce na fotelu i oparł głowę o oparcie, odchylając ją nieco do tyłu. Wąskim spojrzeniem przyglądał się Prewettowi, zaciągając nawet nieco kapelusz, by teraz to jego oczy zostały delikatnie ukryte w cieniu. Może wciąż Laurent był w stanie zauważyć, że po chwili Rowle zamknął powieki, uśmiechając się przy tym delikatnie. - Chcesz wiedzieć do jakich kobiet mam słabość... - mruknął do siebie, a grymas poszerzył się. - Tak, lubię blondynki. Mam do nich słabość. Lubię kiedy mają dołeczki w policzkach, gdy się uśmiechają. Wyglądają wtedy tak uroczo. Lubię kiedy mają kontrastujące oczy, częściej ciemne niż jasne. Najlepiej głęboko zielone. Lubię kiedy potrafią być jak prawdziwy kot, łasić się, prosić o pieszczoty, by zaraz pokazać pazur. Lubię kiedy wiedzą czego chcą, kiedy ich linie są wyraziste. Linie charakteru. Sylwetka... nie ma dla mnie większego znaczenia, chociaż Twoja, pani Prewett, jest zdecydowanie jedną z bardziej pociągających. - mówił powoli, najpewniej wyobrażając sobie właśnie swój ideał, który po krótce opisał. Jego głowa zaraz opadła nieco, co wskazywało, że pewnie też otworzył oczy, bo w końcu siedział prosto. Wszystko teraz miało sens, cała ta wizyta, cała osoba, która przed nim stała. Wszystkie jej słowa i gesty.
- A Ty? - w jego pracowni światło było bardzo... punktowe. Część za ladą, za którą zresztą i on się znajdował, była najlepiej oświetlona - bo tam pracował. Reszta lokalu ukryta była w półmroku lub, co najwyżej, miernym oświetleniu. Nie sprzyjało to oględzinom towaru, ale... na Nokturnie nikomu to nie przeszkadzało. W tym samemu Esmé. Zatem teraz, w tym "miernym" oświetleniu, ten absurdalnie duży kapelusz rzucał na jego twarz nieco mniej absurdalnie duży cień. Wystarczająco duży, by w jakimś stopniu ukryć uśmiech. Wciąż pewnie widoczny, ale przede wszystkim - słyszalny w tych dwóch wypowiedzianych słowach. W tym pytaniu. - Lubisz wymieniać złoto na miedź? - jeżeli wcześniej tego nie usłyszał, tak teraz musiał. Rowle się uśmiechał. Uśmiechał się naprawdę szeroko, będąc... rozbawionym? A może na swój sposób szyderczym? Naturalnie - nie rozwijał swej myśli, nie tłumaczył swego pytania. Pozwolił je zignorować lub zupełnie opacznie zrozumieć. Albo trafić w sedno, zrozumieć grzech, jakiego Laurent dokonał. Zrozumieć to, co właśnie tracił, by zyskać. - A może wolisz prostsze pytanie - jakich mężczyzn lubisz? Jak bardzo mają być destrukcyjni, nim cię zadowolą? - bo czy nie po to przychodził? Czy nie taki sens był tej wizyty? By zniszczyć to, co było między nimi. Bo nie mógł nie wiedzieć jak wiele dla Esmé oznacza Prawda, jak bardzo jej pragnął, chociaż pełen hipokryzji potrafił cieszyć się z Fałszu - w końcu teraz to robił. Czuł. Niekoniecznie coś dobrego, ale czuł. I to generowało zadowolenie. Laurent doskonale wiedział też, że kaletnik chciał słuchać jego. Przecież mu to powiedział - lubił słuchać jak mówił. Jak On mówił. On. Nalegał na to, by ten tańczył swój taniec. Zachwycał się jego bliznami. A teraz? Może zdejmował powoli maskę, ale mimo wszystko zrobił coś, czego nie powinien - od samego wejścia do pracowni kłamał, a teraz dopiero przestawał. Swą fałszywą aparycją, niejasnymi słówkami wypaczał rzeczywistość, wyciągając z Esmé prawdziwe emocje używając fałszywych metod. To nie była pszczoła. Zabawne jak Rowle, z tych Rowle, potrafił pomylić tak absurdalnie, komicznie wręcz różne od siebie zwierzęta. Pszczołę ze żmiją? Żałosne jak bardzo dało się zakłamać Prawdę. Jak bardzo ją wypaczyć. Jednak czy żmija była gorsza? Może nie lubił wężowej skóry, ale wiedział, że jad w odpowiedniej ilości stanowił lekarstwo. W dodatku wyjątkowo skuteczne, gdy odpowiednio przetworzone. Alchemia nie należała do jego broszek, ale tutaj składniki były inne. To była alchemia dusz, a tą... cóż, niekiedy uprawiał.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Esmé Rowle (8810), Laurent Prewett (8394)




Wiadomości w tym wątku
[11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Laurent Prewett - 05.04.2024, 17:00
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Esmé Rowle - 06.04.2024, 19:51
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Laurent Prewett - 06.04.2024, 21:07
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Esmé Rowle - 22.04.2024, 12:16
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Laurent Prewett - 23.04.2024, 20:49
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Esmé Rowle - 16.05.2024, 05:09
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Laurent Prewett - 16.05.2024, 08:10
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Esmé Rowle - 02.08.2024, 06:08
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Laurent Prewett - 11.08.2024, 14:26

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa