16.05.2024, 05:12 ✶
Droga okazała się bardziej pokrętna i krnąbrna niż zazwyczaj i blondynka wcale się jej nie dziwiła. Nie puściła jednak Louvaina, bo i nie miała jak, kiedy jego palce kurczowo zamykały się na jej dłoni, nie pozwalając na większą niesubordynację. Ale otaczająca ich przyroda walczyła i skutecznie zabiegała o to, żeby rozdzielić ich od siebie i przez moment Ambrosia chyba faktycznie bała się, że tym swoim małym spacerem rozgniewała Szeptuchę tak, że i ją połknie las. Konary jednak pochwyciły przede wszystkich Louvaina, owijając się dookoła niego, aż wreszcie ich dłonie rozdzieliły się, oddając McKinnon swobodę. Mimowolnie wzdrygnęła się dopiero, kiedy odniosła wrażenie że słyszy głos Szeptuchy, pomimo tego że nie było jej nigdzie w zasięgu wzroku. Oczywiście, że nie. Pomyślała kwaśno, w pewien sposób oburzona insynuacjami kobiety, która kryła się w Lesie Wisielców.
Nie była tu przecież w własnej woli. Znaczy jasne, przyszła tutaj na własnych nogach, ale ciężko było mówić o jakiejkolwiek wolności, bo Lestrange pewnie byłby dogłębnie rozczarowany, gdyby nie stawiła się na miejscu zbiórki. A potem dosadnie pokazałby jej, jak wielka jest jego złość.
Spojrzała na roślinną plątaninę, za którą znajdował się Lou, a potem ruszyła do drzwi, uśmiechając się do kobiety nieśmiało, jakby przepraszająco.
- Nie są dla mnie przygotowane, ale i tak chciałabym je usłyszeć, proszę. To nie dla niego - rzuciła cicho, gestem tylko wskazując za siebie, w kierunku gdzie korzenie oplotły Louvaina. - A dla przyjaciela, który na jego podobieństwo trafił do Limbo. - jej wyraz twarzy na moment złagodniał, bo myślami objęła Theona. Mogła nie dbać o to, jak czuł się Lestrange, ale nie życzyła nadmiernego przebywania w podobnym stanie Traversowi.
Kiedy kobieta wpuściła ją do środka domku, przeszła przez próg, nawet na moment nie oglądając się na zamkniętego za roślinnością Louvaina. jeśli też Szptucha nie miała nic przeciwko, usiadła sobie na jakimś krześle.
- To co stało się w Limbo... nigdy nie powinno mieć miejsca. Tak samo fakt, że zimni są wśród nas. Zastanawiałam się, czy istnieje jakiś sposób, żeby odzyskać straconą przez nich energię, albo ją odbudować? Chciałabym myśleć, że ta druga opcja jest preferowana, ale mam wrażenie, że ktokolwiek był w limbo, chce chwycić się tej pierwszej, bo ponowne tam wkroczenie może wydać im się znajome... - śledziła spojrzeniem towarzyszącą jej kobietę, wyraźnie niepewna swoich słów, bo wszystko to wydawało jej się toporne. Jakby niektóre elementy nie tyle umykały, co nigdy nie miały zostać jej pokazane. - Mam pewną teorię; mój przyjaciel powiedział, że kiedy Voldemort kroczył po limbo, wyglądało to tak, jakby wysysał energię tego miejsca. Przyszło mi więc do głowy, że limbo zabrało reszcie ludzi, którzy się tam znaleźli, energię żeby podtrzymać swoje ubytki? - mówiła, ale w pewnym momencie nie chodziło o same pytania, a o wyrzucenie z siebie tego, co od początku czerwca chodziło jej po głowie i co przerabiała w głowie co jakiś czas. Pamiętała, jak Theon sformułował swoje słowa 'gdziekolwiek postawił swoją stopę, wszystko umierało' i im dłużej się nad tym zastanawiała, tym bardziej przerażała ją myśl, że ktoś był w stanie sprawić że w Limbo coś umiera, a jednocześnie wyjść z tego cało. Bo tak właśnie podejrzewała, że ze wszystkich osób, którzy odwiedzili tamto miejsce, akurat Voldemortowi nic nie ubyło. Ograbił to miejsce, swoich towarzyszy i tych, którzy ruszyli za nimi.
Nie była tu przecież w własnej woli. Znaczy jasne, przyszła tutaj na własnych nogach, ale ciężko było mówić o jakiejkolwiek wolności, bo Lestrange pewnie byłby dogłębnie rozczarowany, gdyby nie stawiła się na miejscu zbiórki. A potem dosadnie pokazałby jej, jak wielka jest jego złość.
Spojrzała na roślinną plątaninę, za którą znajdował się Lou, a potem ruszyła do drzwi, uśmiechając się do kobiety nieśmiało, jakby przepraszająco.
- Nie są dla mnie przygotowane, ale i tak chciałabym je usłyszeć, proszę. To nie dla niego - rzuciła cicho, gestem tylko wskazując za siebie, w kierunku gdzie korzenie oplotły Louvaina. - A dla przyjaciela, który na jego podobieństwo trafił do Limbo. - jej wyraz twarzy na moment złagodniał, bo myślami objęła Theona. Mogła nie dbać o to, jak czuł się Lestrange, ale nie życzyła nadmiernego przebywania w podobnym stanie Traversowi.
Kiedy kobieta wpuściła ją do środka domku, przeszła przez próg, nawet na moment nie oglądając się na zamkniętego za roślinnością Louvaina. jeśli też Szptucha nie miała nic przeciwko, usiadła sobie na jakimś krześle.
- To co stało się w Limbo... nigdy nie powinno mieć miejsca. Tak samo fakt, że zimni są wśród nas. Zastanawiałam się, czy istnieje jakiś sposób, żeby odzyskać straconą przez nich energię, albo ją odbudować? Chciałabym myśleć, że ta druga opcja jest preferowana, ale mam wrażenie, że ktokolwiek był w limbo, chce chwycić się tej pierwszej, bo ponowne tam wkroczenie może wydać im się znajome... - śledziła spojrzeniem towarzyszącą jej kobietę, wyraźnie niepewna swoich słów, bo wszystko to wydawało jej się toporne. Jakby niektóre elementy nie tyle umykały, co nigdy nie miały zostać jej pokazane. - Mam pewną teorię; mój przyjaciel powiedział, że kiedy Voldemort kroczył po limbo, wyglądało to tak, jakby wysysał energię tego miejsca. Przyszło mi więc do głowy, że limbo zabrało reszcie ludzi, którzy się tam znaleźli, energię żeby podtrzymać swoje ubytki? - mówiła, ale w pewnym momencie nie chodziło o same pytania, a o wyrzucenie z siebie tego, co od początku czerwca chodziło jej po głowie i co przerabiała w głowie co jakiś czas. Pamiętała, jak Theon sformułował swoje słowa 'gdziekolwiek postawił swoją stopę, wszystko umierało' i im dłużej się nad tym zastanawiała, tym bardziej przerażała ją myśl, że ktoś był w stanie sprawić że w Limbo coś umiera, a jednocześnie wyjść z tego cało. Bo tak właśnie podejrzewała, że ze wszystkich osób, którzy odwiedzili tamto miejsce, akurat Voldemortowi nic nie ubyło. Ograbił to miejsce, swoich towarzyszy i tych, którzy ruszyli za nimi.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror