adnotacja moderatora
Rozliczono - Morpheus Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Rozliczono - Anthony Shafiq - osiągnięcie Badacz tajemnic I
Rozliczono - Anthony Shafiq - osiągnięcie Badacz tajemnic I
—09/08/1972—
Anglia, Little Hangleton
Charlotte Kelly, Jonathan Selwyn, Morpheus Longbottom & Anthony Shafiq
![[Obrazek: W2dhQAP.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=W2dhQAP.png)
Dla mnie, mój miły druhu, ciągleś młody,
Tak samo piękny, jak gdym twoje oczy
Ujrzał raz pierwszy. Trzech już zim zawody
Wygnały z lasów blask trzech lat uroczy.
Wraz z biegiem czasu, widziałem trzy wiosny,
Jak się zmieniały w żółtość trzech jesieni.
W żarach lipcowych spłonął maj radosny,
Ty, ongi świeży, wciąż pełny-ś zieleni.
A jednak piękność cicho naprzod sunie,
Jak ta wskazówka na zegarze. Zda się,
Że w niewzruszonej ciągle stoisz łunie,
Lecz ach! me oko myli się!... O czasie,
Co masz się zjawić, słuchaj: zanim w gości
Przyszedłeś do nas, umarł maj piękności.
![[Obrazek: W2dhQAP.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=W2dhQAP.png)
Dla mnie, mój miły druhu, ciągleś młody,
Tak samo piękny, jak gdym twoje oczy
Ujrzał raz pierwszy. Trzech już zim zawody
Wygnały z lasów blask trzech lat uroczy.
Wraz z biegiem czasu, widziałem trzy wiosny,
Jak się zmieniały w żółtość trzech jesieni.
W żarach lipcowych spłonął maj radosny,
Ty, ongi świeży, wciąż pełny-ś zieleni.
A jednak piękność cicho naprzod sunie,
Jak ta wskazówka na zegarze. Zda się,
Że w niewzruszonej ciągle stoisz łunie,
Lecz ach! me oko myli się!... O czasie,
Co masz się zjawić, słuchaj: zanim w gości
Przyszedłeś do nas, umarł maj piękności.
Znali to miejsce, tę letnią rezydencję, która od lat pełniła funkcję domu jednego z czwórki. Znali starszą część posiadłości, piętrową, zbudowaną na planie kwadratu z małym atrium po środku, wyłożonym kaflami w czarno białą szachownicę, z oryginalną fontanną zdobioną w złocistą kulę pożeraną przez wielkiego smoka Urobosa. Znali kolekcję smoków na piętrze, brak gustu w wykończeniu sypialni dla nih zarezerwowanych oraz opustoszałą salę balową, ulubione miejsce zmarłej przed laty Edith Shafiq. Znali i ogród, zaadaptowany do ekscentrycznych przyjęć, przestronny, ale płytki zbiornik wody otoczony kolumnadą osłaniającą marmurowe tarasy, arkady prowadzące do utrzymanych w starożytnym posmaku przestrzeni wspólnych, jak i pokoi dla gości tych dalszych, tych zwyczajnych, których Anthony nie traktował jak część swojej rodziny. To znaczy, och słodka semantyko, jak część swojej prawdziwej rodziny, nie tej wyznaczanej poszarpaną linią krwi. Jego rodzina bowiem siedziała teraz pod baldachimem fioletowych kwiatów, w przestrzeni rozświetlonej setką zawieszonych jasnych lampionów, które zdobiły odleglość od jednego ramienia pawilonu do drugiego. Jego rodzina zdecydowanie nie miała na nazwisko Shafiq.
To była tradycja, która zrobiła się jeszcze w Hogwarcie. Trzech panów miało swoje urodziny w okresie letnim i zamiast organizować trzy imprezy (i borykać się z niezadowolonymi krewniakami, którzy byliby wykluczeni z tego procederu) robili jedno przyjęcie na samo zakończenie. Czerwcowy Morpheus, lipcowy Anthony i w końcu sierpniowy Jonathan, jak trzech rycerzy w lśniących zbrojach (nawet jeśli zamiast metalu nosili na sobie wygodne yukaty z egipskiej bawełny z wyszytymi na plecach pawiem, tygrysem i smokiem) stający na straży letniego kwartału teraz musieli zmierzyć się z rozmachem środkowego z nich, spoglądając na olbrzymi tort zdobny w 129 świeczek, które w widowiskowy sposób oświetlały ich twarze ognistą łuną lepiej niż umieszczone napowietrzne oświetlenie. W tle pobrzękiwała harfa w towarzystwie kilku smyczków, zaklęte instrumenta dawały przyjemną dźwiękową tapetę, niewspółmierną do zmagań, z jakim przyjdzie im się zmierzyć. Sto dwadzieścia dziewięć...
– Nie wolno Ci pomagać – stalowe oczy na moment powędrowały do siedzącej na przeciwko nich Charlotte, która szczęśliwie miała zimową imprezę urodzinową Jeźdźców zarezerwowaną tylko i wyłącznie dla siebie. Anthony stał podpierając się pod boki i oddychał coraz głębiej, zastanawiając się ile powietrza zdoła zebrać w swoich osłabionych płucach. Nie były one już aż tak słabe, z oczywistych względów czuł przypływ sił witalnych od trwających od czerwca katorżniczych ćwiczeń zarządzonych przez kambodżańskiego gościa. No i ograniczenie alkoholu też niewątpliwie pomogło.
– Każdy ma życzenie? Jesteście gotowi? Musimy zrobić to w tym samym momencie, bo inaczej to nie zadziała.
– Tak, tak mugole mogli się śmiać gdy pozostawili niedogaszoną świeczkę, mogli poklepywać się po ramionach i myśleć, że to nie ma znaczenia. Nie mieli pojęcia jak wielkie znaczenie ów gest miał, choć może to i dobrze, zbyt wiele łez byłoby wylanych, a włosów z głowy porwanych, gdyby mieli świadomość. To nieświadomość była definicją szczęścia. Sprawa była poważna.To była tradycja, która zrobiła się jeszcze w Hogwarcie. Trzech panów miało swoje urodziny w okresie letnim i zamiast organizować trzy imprezy (i borykać się z niezadowolonymi krewniakami, którzy byliby wykluczeni z tego procederu) robili jedno przyjęcie na samo zakończenie. Czerwcowy Morpheus, lipcowy Anthony i w końcu sierpniowy Jonathan, jak trzech rycerzy w lśniących zbrojach (nawet jeśli zamiast metalu nosili na sobie wygodne yukaty z egipskiej bawełny z wyszytymi na plecach pawiem, tygrysem i smokiem) stający na straży letniego kwartału teraz musieli zmierzyć się z rozmachem środkowego z nich, spoglądając na olbrzymi tort zdobny w 129 świeczek, które w widowiskowy sposób oświetlały ich twarze ognistą łuną lepiej niż umieszczone napowietrzne oświetlenie. W tle pobrzękiwała harfa w towarzystwie kilku smyczków, zaklęte instrumenta dawały przyjemną dźwiękową tapetę, niewspółmierną do zmagań, z jakim przyjdzie im się zmierzyć. Sto dwadzieścia dziewięć...
– Nie wolno Ci pomagać – stalowe oczy na moment powędrowały do siedzącej na przeciwko nich Charlotte, która szczęśliwie miała zimową imprezę urodzinową Jeźdźców zarezerwowaną tylko i wyłącznie dla siebie. Anthony stał podpierając się pod boki i oddychał coraz głębiej, zastanawiając się ile powietrza zdoła zebrać w swoich osłabionych płucach. Nie były one już aż tak słabe, z oczywistych względów czuł przypływ sił witalnych od trwających od czerwca katorżniczych ćwiczeń zarządzonych przez kambodżańskiego gościa. No i ograniczenie alkoholu też niewątpliwie pomogło.
– Każdy ma życzenie? Jesteście gotowi? Musimy zrobić to w tym samym momencie, bo inaczej to nie zadziała.
– Somnia weź ogarnij te swoje loki, bo nie wytrzymam swądu spalonych włosów, Jonathan idź od drugiej strony masz to skrzydło i w razie czego dogasisz tą partię – wskazał zastępcy odpowiednie miejsce, do podjęcia próby utrzymania w garści swojego szczęścia przez kolejny rok. – No już, nie ma co czekać, bo nie znajdziemy kawałka bez wosku. Na moje trzy. Raz, dwa... – najgłębszy wdech i...
– Trzy.