16.05.2024, 12:44 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.05.2024, 12:48 przez Anthony Shafiq.)
W butelkach był ten zasadniczy problem, że ciężko się piło na leżąco. Łatwo było rozlać, a jednak mimo wszystko, mimo wszystkich najczarniejszych myśli i stanu w którym obecnie się znajdował, nie chciał rozlewać trunku. Nawet jeśli już w żaden sposób nie rozpoznawał poszczególnych tonów, garbników, kwiatów rosnących opodal hiszpańskich gron, nawet jeśli nie czuł już dawno pocieszającej słodyczy wanili, a wlewał w siebie tak prymitywnie i bezmyślnie, tylko po to by przestać myśleć. Ale to nie działało. Myślał coraz więcej i więcej, umęczone ciało nie stawiało żadnego oporu, wszelkie granice dobrego smaku, wyczucia czy elegancji utopiły się w przeklętym basenie, który rozrastał się w ogrodzie jako niemy symbol przypominający mu o śmiertelności.
– Nie chce tam być... powiedz, że jestem chory, zmyśl coś, jesteś w tym dobry przecież – wyrzucił z siebie z gniewnym sapnięciem, zły że nie może w żaden sposób się osłonić od głupiego Jonathana, który nagle musiał sobie o nim przypomnieć. On! Ze wszystkich ludzi na świecie, to musiał być on! Ta żałość i niezgoda na koleje losu, oczywiście że to był on, skoro przed laty wciągnął go do Departamentu, skoro doglądał jak krzew tyle lat, ucząc fircyka i aktorzynę ze spalonego teatru jak mieć nerwy ze stali, jak sięgnąć po odpowiednią dźwignię, by ludzie gięli się do Twojej woli. I na co to wszystko? Czym była przestrzeń, którą osiągnęli, jeśli nie pyłem na wietrze historii, nic nie znaczącym okruszkiem w obliczu nieuchronnego losu?
Podciągnął się do szezlongu, złapał mocno miękkiej poduchy obitej intensywnie wysyconym lazurem atłasem. Podparł się wzdychając ciężko, osłabiony, ale spionizowany. Nie żeby chciał patrzeć na rosłą sylwetkę swojego zastępcy (och, bogowie byli mu świadkiem, że bardzo nie chciał na nią patrzeć), ale tak łatwiej mu się piło. Gęste i ciężkie wino przepłukało mu gardło, jego cierpkość znów wgryzła się w język, jak ostre słowa byłego kochanka gryzły go i kuły nieprzerwanie kolejny tydzień, a myśli wciąż krążyły wokół pytania, gdzie popełnił błąd.
– Pierdolcie się wszyscy, wy gryfońskie ścierwa... Tylko honor wam w głowie, obowiązki, przeklęte zobowiązania... Nie ma miejsca na nic więcej, na nikogo, skoro ta cała pieprzona lojalność rozpycha się swoim szerokim dupskiem wypychając mózg, wolę, serce, wszystko... – Ciężka głowa wychyliła się gwałtownie do tyłu, lecz spoczęła bezpiecznie na poduszce, a Anthony mógł znów zapatrzyć się w kasetonowy sufit arkady, poczuć kojący powiew, wzbijający zawieszone płócienne firany pomiędzy kolumnami. – ...jakbym nie miał tej konferencji to byś nawet o mnie nie pomyślał. Tak to właśnie jest. Praca praca praca oo trzeba uratować świat. Znowu! Jebcie się i mnie w to nie mieszajcie. – chciał wypić znowu, ale butelka znowu była pusta, zdradliwa suka. Cisnął nią bez przekonania przed siebie i nawet jej nie roztłukł, a tak pięknie zobrazowałaby przecież jego potrzaskane ego, ale proszę, mógł biegać, mógł ćwiczyć, mógł wyginać się w te karykaturalne figury, które sprzedawał mu jego gość mówiąc, ze tak odblokuje swoje czakry. Mógł to wszystko robić, a potem i tak nie był w stanie stłuc butelki. Żałosne.
– Nie chce tam być... powiedz, że jestem chory, zmyśl coś, jesteś w tym dobry przecież – wyrzucił z siebie z gniewnym sapnięciem, zły że nie może w żaden sposób się osłonić od głupiego Jonathana, który nagle musiał sobie o nim przypomnieć. On! Ze wszystkich ludzi na świecie, to musiał być on! Ta żałość i niezgoda na koleje losu, oczywiście że to był on, skoro przed laty wciągnął go do Departamentu, skoro doglądał jak krzew tyle lat, ucząc fircyka i aktorzynę ze spalonego teatru jak mieć nerwy ze stali, jak sięgnąć po odpowiednią dźwignię, by ludzie gięli się do Twojej woli. I na co to wszystko? Czym była przestrzeń, którą osiągnęli, jeśli nie pyłem na wietrze historii, nic nie znaczącym okruszkiem w obliczu nieuchronnego losu?
Podciągnął się do szezlongu, złapał mocno miękkiej poduchy obitej intensywnie wysyconym lazurem atłasem. Podparł się wzdychając ciężko, osłabiony, ale spionizowany. Nie żeby chciał patrzeć na rosłą sylwetkę swojego zastępcy (och, bogowie byli mu świadkiem, że bardzo nie chciał na nią patrzeć), ale tak łatwiej mu się piło. Gęste i ciężkie wino przepłukało mu gardło, jego cierpkość znów wgryzła się w język, jak ostre słowa byłego kochanka gryzły go i kuły nieprzerwanie kolejny tydzień, a myśli wciąż krążyły wokół pytania, gdzie popełnił błąd.
– Pierdolcie się wszyscy, wy gryfońskie ścierwa... Tylko honor wam w głowie, obowiązki, przeklęte zobowiązania... Nie ma miejsca na nic więcej, na nikogo, skoro ta cała pieprzona lojalność rozpycha się swoim szerokim dupskiem wypychając mózg, wolę, serce, wszystko... – Ciężka głowa wychyliła się gwałtownie do tyłu, lecz spoczęła bezpiecznie na poduszce, a Anthony mógł znów zapatrzyć się w kasetonowy sufit arkady, poczuć kojący powiew, wzbijający zawieszone płócienne firany pomiędzy kolumnami. – ...jakbym nie miał tej konferencji to byś nawet o mnie nie pomyślał. Tak to właśnie jest. Praca praca praca oo trzeba uratować świat. Znowu! Jebcie się i mnie w to nie mieszajcie. – chciał wypić znowu, ale butelka znowu była pusta, zdradliwa suka. Cisnął nią bez przekonania przed siebie i nawet jej nie roztłukł, a tak pięknie zobrazowałaby przecież jego potrzaskane ego, ale proszę, mógł biegać, mógł ćwiczyć, mógł wyginać się w te karykaturalne figury, które sprzedawał mu jego gość mówiąc, ze tak odblokuje swoje czakry. Mógł to wszystko robić, a potem i tak nie był w stanie stłuc butelki. Żałosne.