Już od samego swojego pobytu na tegorocznym rodzinnym Yule, zauważył, że coś jest nie tak. Jego spostrzegawczość, analiza i obserwacja najczęściej w milczeniu, pozwoliła mu bez problemu połączyć pewne fakty. Dostrzec oczami aurora to, co dla innych mogło nie być widoczne. Być może te sytuacje, zachowania miały miejsce już wcześniej. Ale teraz, w tym długim tygodniu, znaki były bardzo wyraźne. Z Grace Mulciber nie było dobrze. Pomijając już sam fakt podejścia ojca do jego osoby. Niby Richard dla niego był obecny, ale traktował jak powietrze. Ani razu nie docenił jego starań, nie pomyślał zapewne ile i jak bardzo pomocne, może być posiadanie w rodzinie aurora.
Richard wiedział, jak wyglądała relacja tej dwójki. Wiedział, że brat nie był wstanie zrobić tego jednego, ostatniego kroku w kierunku swojej żony. Nie był wstanie tego zrobić. Zrobił to za niego. Dyskretnie dokończył to, co było zaczęte.
Zniknięcie szwagierki zostało dostrzeżone najpewniej z samego rana. Tej samej pory dnia, przyszła do nich informacja od Brygady o odnalezieniu jej ciała. Od tego zaczęła się seria pytań, przesłuchań, badań i przeszukań. Richard umiał odczytać dyskretny gest brata, kiedy nadarzyła się okazja, aby mogli porozmawiać. Sami. Bez osób trzecich. Bez obecności ojca.
Tego wieczora, kiedy Robert czekał na niego w bibliotece, Richard był na rozmowie z ojcem, który jakby w danej sytuacji, zaczął dostrzegać jego obecność. Potrzebę, jego wiedzy z prawa. Dopiero po tej napiętej i stresującej trochę rozmowie, opuszczeniu gabinetu z piekła rodem, mógł udać się do pomieszczenia, gdzie czekał na niego brat.
Richard w drodze odczuł potrzebę zapalenia papierosa, czego dokonał. Dotarł wreszcie do biblioteki, upewniając się dyskretnie, że nie był przez nikogo dostrzeżony. Zamknął za sobą drzwi i podszedł do brata zaciągając się papierosem. Tym samym pozwalając Robertowi pierw wyciszyć pomieszczenie, zabezpieczyć. Podstawa ich każdych potajemnych rozmów, z dala od uszu rodzica i ich dzieci. Gdyby coś jednak poszło nie tak, poprawiłby zaklęcia.
W przeciwieństwie do Roberta, Richard był opanowany. Ostatni stres po rozmowie z ojcem zszedł z niego, jak tylko odpalił sobie szluga. Nawet jeżeli miał na sumieniu czyjeś życie, nie wyglądał na takiego co by się tym przejmował. Utratę członka rodziny, umiał dobrze rozegrać w obecności innych, jaka to wielka strata. Szczególnie dla córki brata.
Przed własnym bratem, w chwili obecnej, niczego nie ukrywał. Nie musiał. Ufał mu. Ufali sobie wzajemnie.
Zmarszczył brwi, uważnie patrząc na bliźniaka, kiedy szybko przeszedł do sprawy, że może mieć większe problemy?
- Wyglądasz jak wtedy, gdy zabili Martę Warren.Pozwolił sobie skomentować jego podejście do sytuacji trochę żartobliwie. Jakby nie przejmował się faktem, że przecież tu chodzi o jego żonę. Problem, który został usunięty jak tamta uczennica. Jak bezużyteczna szlama.
- Gorzej już chyba być nie może. Mów.
Nie ponaglał, ale zachęcił żeby mu powiedział. Pozwolił bratu też zebrać myśli. Jeżeli ma mu pomóc, musi wiedzieć, zrozumieć o co chodzi. Czy było coś jeszcze, o czym nie wiedział, a powinien? Coś, co pomoże im, jeżeli nie jednemu z nich, uniknąć Azkabanu?
Prawie piętnaście lat doświadczenia w Departamencie Prawa. To nie pierwsze przypadki, w jakich Richard brał udział. Badając sprawę, przeszukując miejsca zamieszkania, przesłuchując domowników i świadków. Tym razem to on jest po tej drugiej stronie. Kiedy to śmierć poniósł członek jego rodziny. Ponownie.