16.05.2024, 14:07 ✶
Energia kobiety, która wparowała wraz z nią do gabinetu, była w oczach Annie ciekawa. Zawsze zastanawiało ją to, jak ludzie potrafili być, cóż, tacy. Nie potrafiła tego określić, a jednak spotykała osoby, które nagle wypełniały swoją osobowością całe przestrzenie, sprawiając, że powietrze drgało od ich wewnętrznej, prawie dziecięcej lekkości.
Irytowało ją to czasem, szczególnie, gdy potrzebowała ciszy i swojej zwykłej, nudnej stałości. Zwykle wtedy, gdy praca którą wykonywała wymagała skupienia, lub gdy wsiąkła w nią tak głęboko, że po prostu nie chciała się od niej oderwać.
A jednak, od czasu do czasu, miło było doświadczyć tego uczucia.
To jak Ambrosia poddawała się myślom, o które można było posądzić małą dziewczynkę, a nie dorosłą kobietę, przypomniało Annie, że istniały osoby, które wcale nie starały się dopasować do ram, które obejmowały ich dorosły świat. Sprawiało, że sama czuła się czasem mniej głupio.
Uniosła jednak na lekko brwi na to całe kręcenie się na krzesełku, jak zwykle zresztą, by choć delikatnie dać znać, że mimo wszystko nie powinno to im przystawać. Niczym w utartym już rytuale. Nie komentował jednak tego nigdy. Nie było potrzeby. Wiedziała, że McKinnon była tego świadoma. I chyba to było najbardziej interesujące.
Ambrosia zapewne nie znalazła zbyt wielu zmian w gabinecie. Ot, może kilka nowych książek w biblioteczce, trochę więcej dokumentów. Annie lubiła pewną stałość w życiu. Wszystko miało swoje miejsce, odcień zasłon czy dywanu zawsze zostawały takie same, meble nie zmieniały swojego miejsca. Dzięki temu jej gabinet zawsze był jej miejscem komfortu. Odpowiadał jej potrzebom stabilności w tym chaotycznym świecie.
- Cieszy mnie, że jej leczenie przynosi rezultaty. Mam nadzieję, że teraz będzie już tylko lepiej, w jej wypadku jednak chcę jednak być tego pewna. Mam nadzieję, że reszta rodziny pozostaje w dobrym zdrowiu? - Balans pomiędzy szczerą troska o pacjenta, którego znała już dłuższy czas, a utartymi grzecznościami. Nauczyła się go przez lata uzdrowicielskiej praktyki, nigdy jednak się do niego w całości nie przekonała. A jednak był od niej wymagany. Nie każdy lubił prostolinijność.
- Przyzwyczajenie wynikające z konieczności. - Odpowiedziała, na komentarz o trudnościach w balansowaniu pomiędzy kilkoma domami. Bo przecież wypadało, by pokazali się w kilku miejscach, nawet, jeśli Annie wolałaby święta spędzić na kanapie, z nową, ciekawą lekturą i słodkim deserem na podstawie ajerkoniaku. Nigdy jednak nie mogła sobie na taki komfort pozwolić. Może więc zazdrościła trochę tego leniwego świętowania. Nie takie jednak życie jej przypadło.
- Jak widać mnie trudno oderwać od wiru pracy, choć pacjentów rzeczywiście mam teraz mniej. Wszyscy widać wolą jak najwięcej czasu spędzić w domach. Tym bardziej, że niedługo nadejdzie czas bankietów karnawałowych. Powoli zaczęły przychodzić do nas zaproszenia, Vakel został zmuszony do zakupienia już nowego kalendarza, - Mówiła, chwytając powoli buteleczki, które miała przekazać Ambrosi, przyglądając się im, w celu ostatecznego potwierdzenia wysokiej jakości ich zawartości.
Chwilę później zaś wstała, podchodząc do małego stoliczka z boku pokoju. Otworzyła stojącą tam małą puszkę, w której znajdowała się wcześniej wspomniana mieszkanka i wsypała ją do porcelanowego imbryczka. Zalała wszystko gorącą wodą.
- W takim razie mam nadzieję, że ta ci będzie smakować. Mogę potem dać ci jej trochę do domu. - Lubiła się dzielić takimi drobnymi rzeczami.
Pożyczała książki, pakowała gościom przygotowywane przez domowego skrzata ciasta na wynos, wręczała herbatę, która im zasmakowała. Nie było jej dane od tego zubożeć, a świadczyło o dobrych manierach i trosce. Zresztą, nie była to jedynie zwykła kurtuazja. Miała z widoku uśmiechu na twarzach innych pewną satysfakcję. Jak przy pacjentach, którzy na nowo cieszyli się zdrowiem. Dawała coś od siebie, co zostawało docenione.
Nie wróciła na swoje miejsce w fotelu, czekając, aż napar się zaparzy. Zamiast tego oparła się o ścianę i założyła ręce na piersi, słuchając pytania o manifest. Nie mogła powiedzieć za wiele. A jednak w całkowite kłamstwo nikt by jej nie uwierzył. Ona i jej rodzina już od dawna mieli pewne utarte poglądy.
- Rzeczywiście, stał się gorącym tematem do rozmów również u mnie - bo tego nie dało się w żaden sposób zaprzeczyć. - I jeśli mam być szczera, nawet nie dziwię się, że powstał, patrząc na ostatnie czasy. Prędzej czy później ktoś musiał wygłosić swoją frustrację. - A raczej frustrację wielu czarodziejskich rodzin, które widziały jak powoli ich społeczeństwo zbliża się ku upadkowi.
Należało temu zapobiec. Dobrze, że ktoś w końcu odważył się wykonać ku temu pierwsze kroki. Wystarczyło tylko znaleźć kogoś, kto po prostu się nie bał. Aż i tylko tyle.
- Jakie wnioski u ciebie wniknęły, po zapoznaniu się z jego treścią? - Zapytała wiedziona czysta ciekawością i pewną nadzieją, że może znajdzie kolejną osobę, która stała po ich świeżej, ale gotowej do działania stronie. Jak widać po Annie, miejsce mieli dla każdego, kto był gotów stanąć w obronie ich porządku.
Irytowało ją to czasem, szczególnie, gdy potrzebowała ciszy i swojej zwykłej, nudnej stałości. Zwykle wtedy, gdy praca którą wykonywała wymagała skupienia, lub gdy wsiąkła w nią tak głęboko, że po prostu nie chciała się od niej oderwać.
A jednak, od czasu do czasu, miło było doświadczyć tego uczucia.
To jak Ambrosia poddawała się myślom, o które można było posądzić małą dziewczynkę, a nie dorosłą kobietę, przypomniało Annie, że istniały osoby, które wcale nie starały się dopasować do ram, które obejmowały ich dorosły świat. Sprawiało, że sama czuła się czasem mniej głupio.
Uniosła jednak na lekko brwi na to całe kręcenie się na krzesełku, jak zwykle zresztą, by choć delikatnie dać znać, że mimo wszystko nie powinno to im przystawać. Niczym w utartym już rytuale. Nie komentował jednak tego nigdy. Nie było potrzeby. Wiedziała, że McKinnon była tego świadoma. I chyba to było najbardziej interesujące.
Ambrosia zapewne nie znalazła zbyt wielu zmian w gabinecie. Ot, może kilka nowych książek w biblioteczce, trochę więcej dokumentów. Annie lubiła pewną stałość w życiu. Wszystko miało swoje miejsce, odcień zasłon czy dywanu zawsze zostawały takie same, meble nie zmieniały swojego miejsca. Dzięki temu jej gabinet zawsze był jej miejscem komfortu. Odpowiadał jej potrzebom stabilności w tym chaotycznym świecie.
- Cieszy mnie, że jej leczenie przynosi rezultaty. Mam nadzieję, że teraz będzie już tylko lepiej, w jej wypadku jednak chcę jednak być tego pewna. Mam nadzieję, że reszta rodziny pozostaje w dobrym zdrowiu? - Balans pomiędzy szczerą troska o pacjenta, którego znała już dłuższy czas, a utartymi grzecznościami. Nauczyła się go przez lata uzdrowicielskiej praktyki, nigdy jednak się do niego w całości nie przekonała. A jednak był od niej wymagany. Nie każdy lubił prostolinijność.
- Przyzwyczajenie wynikające z konieczności. - Odpowiedziała, na komentarz o trudnościach w balansowaniu pomiędzy kilkoma domami. Bo przecież wypadało, by pokazali się w kilku miejscach, nawet, jeśli Annie wolałaby święta spędzić na kanapie, z nową, ciekawą lekturą i słodkim deserem na podstawie ajerkoniaku. Nigdy jednak nie mogła sobie na taki komfort pozwolić. Może więc zazdrościła trochę tego leniwego świętowania. Nie takie jednak życie jej przypadło.
- Jak widać mnie trudno oderwać od wiru pracy, choć pacjentów rzeczywiście mam teraz mniej. Wszyscy widać wolą jak najwięcej czasu spędzić w domach. Tym bardziej, że niedługo nadejdzie czas bankietów karnawałowych. Powoli zaczęły przychodzić do nas zaproszenia, Vakel został zmuszony do zakupienia już nowego kalendarza, - Mówiła, chwytając powoli buteleczki, które miała przekazać Ambrosi, przyglądając się im, w celu ostatecznego potwierdzenia wysokiej jakości ich zawartości.
Chwilę później zaś wstała, podchodząc do małego stoliczka z boku pokoju. Otworzyła stojącą tam małą puszkę, w której znajdowała się wcześniej wspomniana mieszkanka i wsypała ją do porcelanowego imbryczka. Zalała wszystko gorącą wodą.
- W takim razie mam nadzieję, że ta ci będzie smakować. Mogę potem dać ci jej trochę do domu. - Lubiła się dzielić takimi drobnymi rzeczami.
Pożyczała książki, pakowała gościom przygotowywane przez domowego skrzata ciasta na wynos, wręczała herbatę, która im zasmakowała. Nie było jej dane od tego zubożeć, a świadczyło o dobrych manierach i trosce. Zresztą, nie była to jedynie zwykła kurtuazja. Miała z widoku uśmiechu na twarzach innych pewną satysfakcję. Jak przy pacjentach, którzy na nowo cieszyli się zdrowiem. Dawała coś od siebie, co zostawało docenione.
Nie wróciła na swoje miejsce w fotelu, czekając, aż napar się zaparzy. Zamiast tego oparła się o ścianę i założyła ręce na piersi, słuchając pytania o manifest. Nie mogła powiedzieć za wiele. A jednak w całkowite kłamstwo nikt by jej nie uwierzył. Ona i jej rodzina już od dawna mieli pewne utarte poglądy.
- Rzeczywiście, stał się gorącym tematem do rozmów również u mnie - bo tego nie dało się w żaden sposób zaprzeczyć. - I jeśli mam być szczera, nawet nie dziwię się, że powstał, patrząc na ostatnie czasy. Prędzej czy później ktoś musiał wygłosić swoją frustrację. - A raczej frustrację wielu czarodziejskich rodzin, które widziały jak powoli ich społeczeństwo zbliża się ku upadkowi.
Należało temu zapobiec. Dobrze, że ktoś w końcu odważył się wykonać ku temu pierwsze kroki. Wystarczyło tylko znaleźć kogoś, kto po prostu się nie bał. Aż i tylko tyle.
- Jakie wnioski u ciebie wniknęły, po zapoznaniu się z jego treścią? - Zapytała wiedziona czysta ciekawością i pewną nadzieją, że może znajdzie kolejną osobę, która stała po ich świeżej, ale gotowej do działania stronie. Jak widać po Annie, miejsce mieli dla każdego, kto był gotów stanąć w obronie ich porządku.