16.05.2024, 17:12 ✶
Fakt, że Selar parzyła taką samą kawę od lat w rodzinnym domu Mulciberów działał tylko i wyłącznie na niekorzyść biednej skrzatki, bo ta w żaden sposób nie trafiała w gusta Lorien. Czarownica uznała jednak, że nie zniży się do poziomu stwierdzenia “sama sobie zrobię, skoro cię to przerasta”. Dlatego po prostu oddała służącej naczynie, nie komentując już dalej całej sprawy.
Posłała wyjątkowo uprzejmy uśmiech w stronę pasierbicy, gdy ta się z nią po cichu przywitała. Ot skinęła nawet głową na znak, że zakodowała jej obecność przy stole. Nie odezwała się natomiast ani słowem, pozwalając Borginowi wymieniać uprzejmości z resztą rodziny.
Zupełnie jakby był jej członkiem.
Zamarła na sekundę z dłonią nad koszykiem z pieczywem. Synu. Dla każdego nieważne czy mniej czy bardziej skupionego na pani Mulciber to wyglądało po prostu jakby kobieta miała lekki problem z podjęciem decyzji co i czy w ogóle chce zjeść.
Ostatecznie sięgnęła po jeden z rogalików leżących w koszyku pod ręką.
- Och tak.- Przerwała na moment rozrywanie (choć w tym przypadku lepszym określeniem byłoby “masakrowanie”) suchego rogalika na drobniejsze kawałeczki i bez większego zastanowienia odpowiedziała Robertowi. Zwykłe pytanie - zwykła odpowiedź.- Co my byśmy zrobili bez naszej Brygady Uderzeniowej? Nie każdy z nas nadaje się do biegania za półświatkiem.- Otrzepała palce z okruszków.
Niewiedzo, błoga przyjaciółko.
Odcięta od większości informacji z kraju i świata, Lorien żyła od dłuższego czasu w swojej własnej rzeczywistości - takiej, gdzie Stanley nie był poszukiwany, a życie toczyło się wciąż normalne. A przynajmniej na tyle normalnie na ile się dało w tych niepewnych czasach.
Chciała jeszcze dodać coś więcej, ale Sophie zaczęła się nieporadnie kręcić na swoim krześle, poprawiać włosy i na dodatek chyba jeszcze trąciła Borgina, bo zaraz potem przyszła fala przeprosin. Lorien nie chciała być następną, która zarobi łokciem pod żebra, więc przesunęła się razem z krzesłem bliżej męża. Ten przynajmniej nie machał gazetą jakby się opędzał od upartej muchy.
- Podobno wróciłaś parę dni temu...- Powiedziała łagodnie do pasierbicy, próbując odwrócić jej uwagę od tego suchego “Sophie”, które padło zza Proroka Codziennego. Zaczęła podejrzewać, że każde z dzieciaków pomyliło świeczkę zapaloną na noc. Jak nie dyskusje i docinki, to zaczynanie śniadania bez poczekania na resztę, albo wiercenie się na miejscu. I to cała trójka!- Jak szkoła? Egzaminy?
Powinni jej przyznać tytuł Macochy Roku - nieważne, że nie zainteresowała się nigdy nawet ile dziewczę ma lat. Przynajmniej zapamiętała jej imię!
Jej uwagę od Sophie skutecznie odwróciła niedługo później Selar, która przyniosła świeżą kawę, więc cokolwiek rudowłosa odpowiedziała nie miało większego znaczenia. Parujący, gęsty jak smoła płyn o wiele bardziej przypominał to czym Lorien raczyła się w domu czy nawet w Szkocji. Wzięła filiżankę, upiła trochę, parząc usta.
Idealnie.
- Dziękuję Selar, to wszystko.- Powiedziała tylko. Zero pochwał, zero krytyki. Ale filiżanki nie oddała, więc najwyraźniej kawa została zaakceptowana.
Posłała wyjątkowo uprzejmy uśmiech w stronę pasierbicy, gdy ta się z nią po cichu przywitała. Ot skinęła nawet głową na znak, że zakodowała jej obecność przy stole. Nie odezwała się natomiast ani słowem, pozwalając Borginowi wymieniać uprzejmości z resztą rodziny.
Zupełnie jakby był jej członkiem.
Zamarła na sekundę z dłonią nad koszykiem z pieczywem. Synu. Dla każdego nieważne czy mniej czy bardziej skupionego na pani Mulciber to wyglądało po prostu jakby kobieta miała lekki problem z podjęciem decyzji co i czy w ogóle chce zjeść.
Ostatecznie sięgnęła po jeden z rogalików leżących w koszyku pod ręką.
- Och tak.- Przerwała na moment rozrywanie (choć w tym przypadku lepszym określeniem byłoby “masakrowanie”) suchego rogalika na drobniejsze kawałeczki i bez większego zastanowienia odpowiedziała Robertowi. Zwykłe pytanie - zwykła odpowiedź.- Co my byśmy zrobili bez naszej Brygady Uderzeniowej? Nie każdy z nas nadaje się do biegania za półświatkiem.- Otrzepała palce z okruszków.
Niewiedzo, błoga przyjaciółko.
Odcięta od większości informacji z kraju i świata, Lorien żyła od dłuższego czasu w swojej własnej rzeczywistości - takiej, gdzie Stanley nie był poszukiwany, a życie toczyło się wciąż normalne. A przynajmniej na tyle normalnie na ile się dało w tych niepewnych czasach.
Chciała jeszcze dodać coś więcej, ale Sophie zaczęła się nieporadnie kręcić na swoim krześle, poprawiać włosy i na dodatek chyba jeszcze trąciła Borgina, bo zaraz potem przyszła fala przeprosin. Lorien nie chciała być następną, która zarobi łokciem pod żebra, więc przesunęła się razem z krzesłem bliżej męża. Ten przynajmniej nie machał gazetą jakby się opędzał od upartej muchy.
- Podobno wróciłaś parę dni temu...- Powiedziała łagodnie do pasierbicy, próbując odwrócić jej uwagę od tego suchego “Sophie”, które padło zza Proroka Codziennego. Zaczęła podejrzewać, że każde z dzieciaków pomyliło świeczkę zapaloną na noc. Jak nie dyskusje i docinki, to zaczynanie śniadania bez poczekania na resztę, albo wiercenie się na miejscu. I to cała trójka!- Jak szkoła? Egzaminy?
Powinni jej przyznać tytuł Macochy Roku - nieważne, że nie zainteresowała się nigdy nawet ile dziewczę ma lat. Przynajmniej zapamiętała jej imię!
Jej uwagę od Sophie skutecznie odwróciła niedługo później Selar, która przyniosła świeżą kawę, więc cokolwiek rudowłosa odpowiedziała nie miało większego znaczenia. Parujący, gęsty jak smoła płyn o wiele bardziej przypominał to czym Lorien raczyła się w domu czy nawet w Szkocji. Wzięła filiżankę, upiła trochę, parząc usta.
Idealnie.
- Dziękuję Selar, to wszystko.- Powiedziała tylko. Zero pochwał, zero krytyki. Ale filiżanki nie oddała, więc najwyraźniej kawa została zaakceptowana.