16.05.2024, 18:39 ✶
Komentuję rzut Millie, a potem zmykam pod stół i zagaduję Erika.
Nie do końca rozumiał czemu Millie nagle postanowiła rozpętało wojnę na ciasto, ale doskonale wiedział, że niezaatakowany raczej nie zamierzał brać w niej udziału.
Do tej pory po prostu cieszył się w spokoju ciastem, przysłuchując się rozmowom i na razie ignorując rosnący, chociaż wciąż umiarkowany chaos, jak i to że nagle patrzył na świat ze znacznie niższej perspektywy, a dwie stopy wzrostu jednak robiły naprawdę dużą różnice. Teraz na przykład jego spodnie stanowiły ryzyko tego, że idąc gdziekolwiek widowiskowo się wywali.
A potem ciasto zaczęło latać.
– Hm... Rzut taki mocno trzy na dziesięć Millie. Popracuj nad celem ‐ rzucił do Moody, widząc jak czarownica rzuca w Isaaca, który uchylił się, a cała amunicja trafiła Morpheusa w twarz. Oczywiście doskonale wiedział, że to po prostu Isaac skutecznie uniknął, ale ten dzień był jednak na tyle przyjemny, a przyjaciółka najwyraźniej w na tyle dobrym stanie, że nie mógł sobie odpuścić tej niewielkiej złośliwości. Chyba brakowało mu przekomarzania się z nią.
Sam wolał jednak uniknąć brania udziału w tej bitwie. Jeszcze, by musiał biegać.
– Powodzenia – rzucił do Patricka, a potem podwinął na szybko nogawki, wstał z pufy, uważając na to, by nie dostać niechcący zbłąkanym pociskiem i sam schował się pod stołem, by przeczekać tę wojnę. Najwyraźniej nie tylko on był na tyle rozsądny, by mieć taki pomysł.
– Myślisz, że do rana walki się zakończą, czy będziemy musieli założyć tutaj prowizoryczny obóz– spytał żartobliwie, chociaż zachowując kamienną twarz, Erika, z którym najwyraźniej przyszło mu dzielić schronienie. Miał tylko nadzieję, że nikt nie postanowi się wywalić i rozbić sobie głowy.
Nie do końca rozumiał czemu Millie nagle postanowiła rozpętało wojnę na ciasto, ale doskonale wiedział, że niezaatakowany raczej nie zamierzał brać w niej udziału.
Do tej pory po prostu cieszył się w spokoju ciastem, przysłuchując się rozmowom i na razie ignorując rosnący, chociaż wciąż umiarkowany chaos, jak i to że nagle patrzył na świat ze znacznie niższej perspektywy, a dwie stopy wzrostu jednak robiły naprawdę dużą różnice. Teraz na przykład jego spodnie stanowiły ryzyko tego, że idąc gdziekolwiek widowiskowo się wywali.
A potem ciasto zaczęło latać.
– Hm... Rzut taki mocno trzy na dziesięć Millie. Popracuj nad celem ‐ rzucił do Moody, widząc jak czarownica rzuca w Isaaca, który uchylił się, a cała amunicja trafiła Morpheusa w twarz. Oczywiście doskonale wiedział, że to po prostu Isaac skutecznie uniknął, ale ten dzień był jednak na tyle przyjemny, a przyjaciółka najwyraźniej w na tyle dobrym stanie, że nie mógł sobie odpuścić tej niewielkiej złośliwości. Chyba brakowało mu przekomarzania się z nią.
Sam wolał jednak uniknąć brania udziału w tej bitwie. Jeszcze, by musiał biegać.
– Powodzenia – rzucił do Patricka, a potem podwinął na szybko nogawki, wstał z pufy, uważając na to, by nie dostać niechcący zbłąkanym pociskiem i sam schował się pod stołem, by przeczekać tę wojnę. Najwyraźniej nie tylko on był na tyle rozsądny, by mieć taki pomysł.
– Myślisz, że do rana walki się zakończą, czy będziemy musieli założyć tutaj prowizoryczny obóz– spytał żartobliwie, chociaż zachowując kamienną twarz, Erika, z którym najwyraźniej przyszło mu dzielić schronienie. Miał tylko nadzieję, że nikt nie postanowi się wywalić i rozbić sobie głowy.