16.05.2024, 21:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.05.2024, 06:07 przez Anthony Shafiq.)
Kimże by był bez Morpheusa? Nie sposób było tego odgadnąć. Bez zaskoczenia skłaniał się ku sennie płynącym refleksjom, że mimo tego jak bardzo nienawidził Hogwartu i jak bardzo pogardzał większością rzeczy, których tam doświadczył, siedmioletnie wzrastanie obok Longbottoma, było kluczowe dla ukształtowania jego niezależności, woli walki, chęci życia. Jego przyjaciel, wbrew swemu imieniu, był krnąbrny i agresywny, niezwykle inteligentny, choć o upośledzonej inteligencji emocjonalnej. Był wyrywny. Nieokrzesany. Ale też głodny życia i innych ludzi. To on wypchnął niewiele młodszego kolegę, zmuszając go do różnorodnych interakcji i konfrontacji. Zmuszając do mówienia, do kombinowania, do chwytania byka na rogi. Anthony z kolei wnosił do tego układu kojący chłód. Spokój, autorefleksję, szczyptę egzaltacji. Przyczajenie w uległości, pasywność, która niekiedy była lepszą drogą. Bezpieczniejszą. Trudniejszą. To działało intuicyjnie, to działało tak, jakby spisane było przed wiekami. Yang doświetlało Yin. Yin dawało cień Yang. Doskonale dobrane proporcje.
Skrzywił się tylko na wzmiankę o starości i postępujących wraz z nią zmianach. Nienawidził o tym myśleć, a ostatnie urodziny przysporzyły mu kilku siwych włosów. Mimo świadomości, że będą żyli dłużej niż mugole, dalej był niepocieszony faktem własnej śmiertelności. Był niepocieszony tym, że pogoń za pozycją, za bogactwem, okazała się ostatecznie miałka i choć cieszyło go to wszystko, czego doświadczył i czego wciąż doświadczał, powoli zbliżał się do progu, w którym wszystko zaczęło mu smakować tak samo. Nimb nowości opadał, skarbiec, smoki, zabawki... nie przynosiły tego przyjemnego dreszczu co kiedyś. Nagle zaczęło do niego dochodzić, że w tym wszystkim rzeczywiście mogło chodzić o coś innego, a poeci i artyści wychwalający ku niebiosom miłość, prawdziwie i nieprzesadnie gloryfikowali to uczucie, jako najcenniejszy dar życia. Było w tym coś przerażającego i depresyjnego, choć teraz, właśnie teraz, właśnie dziś, Anthony nie poddawał się aż tak łatwo swoim demonom osamotnienia. Nie był sam. Miał swoich przyjaciół. Miał Morpheusa.
Jeśli miałbym wierzyć och, cóż za dyplomatyczna odpowiedź, czyżby Morpheus minął się z powołaniem, a może właśnie w końcu odnajdywał siły i chęci by przeć na szczyt morderczego Departamentu Tajemnic, którego głowa nader często spadała w niewyjaśnionych okolicznościach? Anthony jednak milczał, nie chcąc mu przerywać, zasłuchany w kolejne słowa i podążające za nimi deklaracje. Nie chciał przerywać myśli, z zaskoczeniem zdając sobie sprawę, że jego sugestia nie spotkała się z kpiną, a wzajemnością. On sam jeszcze kilka lat temu wyśmiałby wszelkie wspominki o tym. Przyjaźń, braterstwo nie krwi, a wyboru. Mieli to przecież od dawna i to nie tylko we dwójkę. Charlie i Johnny w końcu też znajdowali się w tym równaniu, dawni prefekci, kwiat hogwardzkiej społeczności, kłamcy i manipulatorzy igrający na nosach wielu, elita, jeźdźcy, którzy skoczyliby za sobą w rozpętaną apokalipsę. Ale Morpheus, z którym dzielił myśli, marzenia i lęki, który zawsze stał przy jego boku...
Przymknął powieki, gdy poczuł ciepłą dłoń na policzku i odetchnął głęboko tym dziwnym wrażeniem, jakby w tym geście rzeczywiście drugi mężczyzna sięgnął jego duszy i dał im odkryć, że nie ma czego łączyć, skoro to już jest jedno. Uniósł własną rękę, w bliźniaczym ruchu, by złożyć ją na szorstkim policzku walczącej, po całym dniu gładkości, o swój byt brody.
– Podmienić Ciebie na Isaaca? Błagam Cię, to jakby chcieć Merlina zastąpić Dagonetem... Nie zmylisz mnie, nie uwierzę w to, że jesteś o mnie zazdrosny druhu. Nigdy. A już na pewno nie teraz. Nie tu. – Emocje zaciskały mu gardło, wzruszenie cisnęło się do oczu, tak jakby rzeczywiście stali teraz gdzieś w miejscu uświęconym i mieli przyrzec sobie przed wszystkimi, że to co padło dziś między nimi było jest i będzie prawdą do końca. Z drżeniem odsunął się i sięgnął po różdżkę, rozejrzał po okolicy i odstawił butelkę na beton mostu. Przygryzł wargę z wahaniem, patrząc na cisową witkę skrywającą włókno z serca smoka. Tego samego smoka, którego serce było i w różdżce Morpheusa. Różdżce zrobionej z tego samego drzewa...
– Z tego co pamiętam, to też potrzebne były obrączki do tego typu obietnic, ale my już mamy swoje. Co powiesz na kłódkę? Zaraz jedną tu... ukształtuję. – Zaczął, podobnie jak Longbottom przed chwilą, kreślić znaki w powietrzu, próbując powołać do istnienia metaliczne serce z wystającym zeń mostem, uchem, złączeniem, symbolem.
Splatał z zacięciem magię, ale każda próba kończyła się fiaskiem. W końcu krztusząc się ze śmiechu, wsparł się na barierce i wrócił zrezygnowany do picia.
– Ten patyk jest na mnie tak obrażony, że nie pytaj. Od czerwca próbuję splatać magię przy użyciu samych dłoni, palców, trenuję ciało, ducha, wszystko! Więc teraz, ostatecznie, jestem niedołężny jak mój bogin, nie umiem czarować ani z ani bez różdżki. – westchnął, kiwając głową na boki – Kalekie Ci się trafiło to anam cara. Może to ja powinienem się obawiać, że będziesz mnie chciał wymienić na jakiegoś smętnego Orfeusza o nostalgicznym spojrzeniu, który dla odmiany posiadać będzie również zdolności rzucania zaklęć, hm? – zapytał, odejmując sobie od ust butelkę i podając ją rozmówcy, z ostatnim łykiem minionej zabawy.
Skrzywił się tylko na wzmiankę o starości i postępujących wraz z nią zmianach. Nienawidził o tym myśleć, a ostatnie urodziny przysporzyły mu kilku siwych włosów. Mimo świadomości, że będą żyli dłużej niż mugole, dalej był niepocieszony faktem własnej śmiertelności. Był niepocieszony tym, że pogoń za pozycją, za bogactwem, okazała się ostatecznie miałka i choć cieszyło go to wszystko, czego doświadczył i czego wciąż doświadczał, powoli zbliżał się do progu, w którym wszystko zaczęło mu smakować tak samo. Nimb nowości opadał, skarbiec, smoki, zabawki... nie przynosiły tego przyjemnego dreszczu co kiedyś. Nagle zaczęło do niego dochodzić, że w tym wszystkim rzeczywiście mogło chodzić o coś innego, a poeci i artyści wychwalający ku niebiosom miłość, prawdziwie i nieprzesadnie gloryfikowali to uczucie, jako najcenniejszy dar życia. Było w tym coś przerażającego i depresyjnego, choć teraz, właśnie teraz, właśnie dziś, Anthony nie poddawał się aż tak łatwo swoim demonom osamotnienia. Nie był sam. Miał swoich przyjaciół. Miał Morpheusa.
Jeśli miałbym wierzyć och, cóż za dyplomatyczna odpowiedź, czyżby Morpheus minął się z powołaniem, a może właśnie w końcu odnajdywał siły i chęci by przeć na szczyt morderczego Departamentu Tajemnic, którego głowa nader często spadała w niewyjaśnionych okolicznościach? Anthony jednak milczał, nie chcąc mu przerywać, zasłuchany w kolejne słowa i podążające za nimi deklaracje. Nie chciał przerywać myśli, z zaskoczeniem zdając sobie sprawę, że jego sugestia nie spotkała się z kpiną, a wzajemnością. On sam jeszcze kilka lat temu wyśmiałby wszelkie wspominki o tym. Przyjaźń, braterstwo nie krwi, a wyboru. Mieli to przecież od dawna i to nie tylko we dwójkę. Charlie i Johnny w końcu też znajdowali się w tym równaniu, dawni prefekci, kwiat hogwardzkiej społeczności, kłamcy i manipulatorzy igrający na nosach wielu, elita, jeźdźcy, którzy skoczyliby za sobą w rozpętaną apokalipsę. Ale Morpheus, z którym dzielił myśli, marzenia i lęki, który zawsze stał przy jego boku...
Przymknął powieki, gdy poczuł ciepłą dłoń na policzku i odetchnął głęboko tym dziwnym wrażeniem, jakby w tym geście rzeczywiście drugi mężczyzna sięgnął jego duszy i dał im odkryć, że nie ma czego łączyć, skoro to już jest jedno. Uniósł własną rękę, w bliźniaczym ruchu, by złożyć ją na szorstkim policzku walczącej, po całym dniu gładkości, o swój byt brody.
– Podmienić Ciebie na Isaaca? Błagam Cię, to jakby chcieć Merlina zastąpić Dagonetem... Nie zmylisz mnie, nie uwierzę w to, że jesteś o mnie zazdrosny druhu. Nigdy. A już na pewno nie teraz. Nie tu. – Emocje zaciskały mu gardło, wzruszenie cisnęło się do oczu, tak jakby rzeczywiście stali teraz gdzieś w miejscu uświęconym i mieli przyrzec sobie przed wszystkimi, że to co padło dziś między nimi było jest i będzie prawdą do końca. Z drżeniem odsunął się i sięgnął po różdżkę, rozejrzał po okolicy i odstawił butelkę na beton mostu. Przygryzł wargę z wahaniem, patrząc na cisową witkę skrywającą włókno z serca smoka. Tego samego smoka, którego serce było i w różdżce Morpheusa. Różdżce zrobionej z tego samego drzewa...
– Z tego co pamiętam, to też potrzebne były obrączki do tego typu obietnic, ale my już mamy swoje. Co powiesz na kłódkę? Zaraz jedną tu... ukształtuję. – Zaczął, podobnie jak Longbottom przed chwilą, kreślić znaki w powietrzu, próbując powołać do istnienia metaliczne serce z wystającym zeń mostem, uchem, złączeniem, symbolem.
Rzut N 1d100 - 32
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut N 1d100 - 6
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Splatał z zacięciem magię, ale każda próba kończyła się fiaskiem. W końcu krztusząc się ze śmiechu, wsparł się na barierce i wrócił zrezygnowany do picia.
– Ten patyk jest na mnie tak obrażony, że nie pytaj. Od czerwca próbuję splatać magię przy użyciu samych dłoni, palców, trenuję ciało, ducha, wszystko! Więc teraz, ostatecznie, jestem niedołężny jak mój bogin, nie umiem czarować ani z ani bez różdżki. – westchnął, kiwając głową na boki – Kalekie Ci się trafiło to anam cara. Może to ja powinienem się obawiać, że będziesz mnie chciał wymienić na jakiegoś smętnego Orfeusza o nostalgicznym spojrzeniu, który dla odmiany posiadać będzie również zdolności rzucania zaklęć, hm? – zapytał, odejmując sobie od ust butelkę i podając ją rozmówcy, z ostatnim łykiem minionej zabawy.