16.05.2024, 22:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.05.2024, 22:30 przez Brenna Longbottom.)
Podmuch wiatru przemknął przez pomieszczenie, zasłony zatańczyły, rozsiewając wokół kurz, a potem wszystko się uspokoiło. Można było odnieść wrażenie, że poltergeist odszedł, że nie ma go tutaj, że tylko coś się im zdawało. Ale Morpheus Longbottom mrugnął - i w tej krótkiej chwili, dla innych w ułamku sekundy zaledwie, widział nie wewnętrzną ciemność powiek, a tę samą scenę, która przyszła do niego we śnie: swojego bratanka, staczającego się ze schodów.
A potem znów był tylko salon i stojąca u jego boku Millie.
Rozległy się kroki, a potem zobaczyli blask, gdzieś od strony biblioteki. W korytarzu, który wiódł stamtąd, po chwili dostrzegli Brennę. W dłoni trzymała różdżkę, rozświetloną światłem lumos. Rozczochrana niemożebnie, ubrana w wyblakłą koszulkę i getry, z butami na nogach, raczej nie wyrwana gwałtownie ze snu, ale... gdy przyjrzeć się jej uważniej, dało się dostrzec smugi kurzu na ubraniu, świeży krwiak na boku dłoni...
- Ten drań gdzieś tu jest? - spytała, rozglądając się czujnie, a potem skupiła spojrzenie najpierw na Millie, a potem na Morpheusie, upewniając się, że nie noszą śladów po żadnych obrażeniach. - Ja pierdolę, poltergeist trochę właśnie przegonił mnie i Vincenta po domu. Nie zaatakował was, mam nadzieję? Pewnie obudziły was te wszystkie trzaski. Nie wiem, co tu musiało się wyprawiać, skoro taki się pojawił... - mruknęła i przetarła wolną dłonią oczy. Nie była zbyt wyspana: to była długa noc, dzieląca od siebie jeden długi dzień od drugiego, pewnie jeszcze dłuższego dnia. Wszystkie niepokojące rzeczy, jakie tu się działy, wskazywały na to, że zasiedlenie posiadłości będzie trudniejsze niż początkowo się zdawało. Najbardziej niepokoiło ją jednak chyba to, że w miejscu, do którego ich ściągnęła, mogło im najwyraźniej grozić niebezpieczeństwo. Powinna była sprawdzić to wszystko znacznie dokładniej…
Za oknami niebo już szarzało: wstawał letni, wczesny świt, zwiastujący początek dnia, w którym czekało ich uwięzienie poltergeista i rozwikłanie zagadki zagłady domu Juliusów.
Świt, wraz z którym sny Morpheusa i Milles, nie rozpłynęły się w promieniach słońca.
A potem znów był tylko salon i stojąca u jego boku Millie.
Rozległy się kroki, a potem zobaczyli blask, gdzieś od strony biblioteki. W korytarzu, który wiódł stamtąd, po chwili dostrzegli Brennę. W dłoni trzymała różdżkę, rozświetloną światłem lumos. Rozczochrana niemożebnie, ubrana w wyblakłą koszulkę i getry, z butami na nogach, raczej nie wyrwana gwałtownie ze snu, ale... gdy przyjrzeć się jej uważniej, dało się dostrzec smugi kurzu na ubraniu, świeży krwiak na boku dłoni...
- Ten drań gdzieś tu jest? - spytała, rozglądając się czujnie, a potem skupiła spojrzenie najpierw na Millie, a potem na Morpheusie, upewniając się, że nie noszą śladów po żadnych obrażeniach. - Ja pierdolę, poltergeist trochę właśnie przegonił mnie i Vincenta po domu. Nie zaatakował was, mam nadzieję? Pewnie obudziły was te wszystkie trzaski. Nie wiem, co tu musiało się wyprawiać, skoro taki się pojawił... - mruknęła i przetarła wolną dłonią oczy. Nie była zbyt wyspana: to była długa noc, dzieląca od siebie jeden długi dzień od drugiego, pewnie jeszcze dłuższego dnia. Wszystkie niepokojące rzeczy, jakie tu się działy, wskazywały na to, że zasiedlenie posiadłości będzie trudniejsze niż początkowo się zdawało. Najbardziej niepokoiło ją jednak chyba to, że w miejscu, do którego ich ściągnęła, mogło im najwyraźniej grozić niebezpieczeństwo. Powinna była sprawdzić to wszystko znacznie dokładniej…
Za oknami niebo już szarzało: wstawał letni, wczesny świt, zwiastujący początek dnia, w którym czekało ich uwięzienie poltergeista i rozwikłanie zagadki zagłady domu Juliusów.
Świt, wraz z którym sny Morpheusa i Milles, nie rozpłynęły się w promieniach słońca.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.