16.05.2024, 22:45 ✶
On naprawdę myślał, że był miły i uprzejmy w sposobie, w który odmowił Francesce. Nie. On był przekonany, że był miły i uprzejmy w spisobie, w który odmówił Francesce. I co więcej, był więcej niż pewny, że czarownica nie tyle co planowała jedynie ich związek, ale i małżeństwo. I dzieci!
– Dobrze Francesco. W takim razie nie było nawet żadnej myśli o związku – westchnął, wpatrując się nieco dłużej w kobietę. Oczywiście, że wiedział, że kłamała, a teraz miała do niego pretensje, jakby co najmniej zostawiał ją właśnie przed ołtarzem. I pewnie normalnie by się z nią o to kłócił, ale tego wieczoru naprawdę nie miał na to czasu. Po pierwszy usłyszał już od niej zbyt dużo niepokojących rzeczy, a po drugie, i co jeszcze ważniejsze, miał swoją klątwę do opatrzenia. Odwrócił się od Francesci myśląc, że to już koniec, ale najwyraźniej czarownica miała inne zdanie na ten temat.
Przepraszam kurwa co?
– Chyba się trochę zapędzasz Francesco – rzucił zirytowany, znowu odrywając spojrzenie od Brenny. Nie no jasne. Powiedz jej, że nie jesteś zainteresowany i nie ciągnij tej randki dalej, by być wobec niej fair, tylko po to, by usłyszeć, że i tak jesteś nie fair.
Zanim jednak zdążył jakkolwiek na to odpowiedzieć Francesca wyszła, ostentacyjnie trzaskając drzwiami. Może randkowym ekspertem nie był, ale to raczej nie było normalne, prawda? No cóż. Millie na pewno będzie miała ubaw.
Teraz jednak naprawdę nie miał na to czasu. Szybko ruszył do szafki z eliksirami, chwycił kilka specyfików i innych przydatnych rzeczy i wrócił do Brenny, by podać jej przede wszystkim eliksir odnawiający krew, pamiętając przy tym, że potrzebowała podwójnej dawki.
Na Matkę co to była za beznadziejna randka. I to jeszcze w dziwną datę. A co gorsza problemy rozpoczęły się jeszcze zanim trafił dzisiaj na Brennę. Czy los naprawdę uznał, że 69 było na tyle śmieszną liczbą, by męczyć ich i dzisiaj? – Proszę wypij– powiedział z całych sił starając się zachować spokojny ton głosu, co nie było takie łatwe przy rozdrażnieniu wywołanym sytuacją z Francescą. Jeśli Brenna go posłuchała, to potem podał jej kolejny specyfik. Tym razem na ból. – Co się w ogóle stało? Poza tym, że cię dźgnieto? Widziałaś co się dzieje, jeśli ktoś spróbuję dotknąć rękojeści? Wiesz coś o tej klątwie? Brenno, hej. Proszę nie odpływaj. Patrz na mnie, dobrze?
Skierował spojrzenie na sztylet, wcierając w ręce eliksir dezynfekujący i chwycił za różdżkę, by chociaż osłabić tę przeklętą klątwę.
Rzut na rozproszenie
– Dobrze Francesco. W takim razie nie było nawet żadnej myśli o związku – westchnął, wpatrując się nieco dłużej w kobietę. Oczywiście, że wiedział, że kłamała, a teraz miała do niego pretensje, jakby co najmniej zostawiał ją właśnie przed ołtarzem. I pewnie normalnie by się z nią o to kłócił, ale tego wieczoru naprawdę nie miał na to czasu. Po pierwszy usłyszał już od niej zbyt dużo niepokojących rzeczy, a po drugie, i co jeszcze ważniejsze, miał swoją klątwę do opatrzenia. Odwrócił się od Francesci myśląc, że to już koniec, ale najwyraźniej czarownica miała inne zdanie na ten temat.
Przepraszam kurwa co?
– Chyba się trochę zapędzasz Francesco – rzucił zirytowany, znowu odrywając spojrzenie od Brenny. Nie no jasne. Powiedz jej, że nie jesteś zainteresowany i nie ciągnij tej randki dalej, by być wobec niej fair, tylko po to, by usłyszeć, że i tak jesteś nie fair.
Zanim jednak zdążył jakkolwiek na to odpowiedzieć Francesca wyszła, ostentacyjnie trzaskając drzwiami. Może randkowym ekspertem nie był, ale to raczej nie było normalne, prawda? No cóż. Millie na pewno będzie miała ubaw.
Teraz jednak naprawdę nie miał na to czasu. Szybko ruszył do szafki z eliksirami, chwycił kilka specyfików i innych przydatnych rzeczy i wrócił do Brenny, by podać jej przede wszystkim eliksir odnawiający krew, pamiętając przy tym, że potrzebowała podwójnej dawki.
Na Matkę co to była za beznadziejna randka. I to jeszcze w dziwną datę. A co gorsza problemy rozpoczęły się jeszcze zanim trafił dzisiaj na Brennę. Czy los naprawdę uznał, że 69 było na tyle śmieszną liczbą, by męczyć ich i dzisiaj? – Proszę wypij– powiedział z całych sił starając się zachować spokojny ton głosu, co nie było takie łatwe przy rozdrażnieniu wywołanym sytuacją z Francescą. Jeśli Brenna go posłuchała, to potem podał jej kolejny specyfik. Tym razem na ból. – Co się w ogóle stało? Poza tym, że cię dźgnieto? Widziałaś co się dzieje, jeśli ktoś spróbuję dotknąć rękojeści? Wiesz coś o tej klątwie? Brenno, hej. Proszę nie odpływaj. Patrz na mnie, dobrze?
Skierował spojrzenie na sztylet, wcierając w ręce eliksir dezynfekujący i chwycił za różdżkę, by chociaż osłabić tę przeklętą klątwę.
Rzut na rozproszenie
Rzut Z 1d100 - 36
Slaby sukces...
Slaby sukces...