Chciał skomplementować Thomasa i jego przepiękną, wyjątkowo odważną kreację; aż pozazdrościł mu odwagi, aby zdecydować się na takie przebranie. Musiał też przyznać, że ten sposób ubioru robił mu rzeczy w nieodpowiednich miejscach. Pewnie dlatego w ogóle nie zarejestrował momentu, gdy wybryk Solenizantki zamienił się w otwartą wojnę na jedzenie.
Ciasto, które miało trafić Isaaca, rozplaskało się na połowie twarzy i kołnierzu Morpheusa. Mężczyzna dziękował bogom, że zrezygnował ze stylowego czerniła nad oczami, które miał dwie noce wcześniej, bo teraz wyglądałby jak aktorka ze spalonego teatru. Zgarnął ręką ciasto z oka, oblizał słodki krem. Pyszny, więc nie żałował niczego. W końcu będzie rzucał ciastem, to spali ten cukier. Prawda? Prawda? wiedział, że to tak nie działało, ale czasami lubił udawać, że może tak być.
Krytycznie spojrzał na Basiliusa oraz Erika, z uśmiechem politowania i pobłażania. Oczywiście nie wyglądał przy tym aż tak dobrze, jak zwykle, bo różowy krem nadal brudził większość jego twarzy, ale liczył, że komentarz podbije jego status nieustraszonego wojownika ciasta.
— Po tobie jeszcze bym się tego spodziewał, Basiliusie, ale Erik... — najstarszy na to m spędzie Longbottom wybrał ze stołu piękna, ozdobioną kremem babeczkę, zważył ją w dłoni z miną eksperta. — Nie wiedziałem Erik, że jesteś tchórzem.
Obrócił się na palcach, biorąc zamach i celując w plecy Bagshota. On rzuca, bogowie ciastka niosą.
Akcja nieudana
Sukces!