23.12.2022, 16:42 ✶
Próba zwalczenia natrętnych wspomnień rzadko kiedy kończy się powodzeniem. Umysł nie lubi pustka, a pustka wymaga wysiłku. Oczekuje skupienia się na czymś konkretnym, liczenia owiec, wymieniania łacińskich nazw roślin, których nie znasz nawet w ojczystym języku. To męczy, powoduje ból, aż jedyne, o czym marzysz, to zasnąć. Nawet na jawie, nawet tuż przed drugim człowiekiem. Tylko że sen oznacza puszczenie swoich myśli samopas, pozwolenie na zwinięcie się w jakiś misterny splot, który będzie je trzymał nieruchomo w epicentrum twojej świadomości. Aż w końcu stracisz nad sobą panowanie, będziesz chciał się ich pozbyć i staniesz się dla siebie destrukcyjny. Tak jak Fergus teraz: na środku Nokturnu, zupełnie sam i prowokujący Sauriela do uderzenia go. Tylko po to, żeby coś poczuć. Żeby ból na zewnątrz pozwolił zapomnieć o istnieniu tego w środku.
- Więc zostałeś psem na łańcuchu? – zaśmiał się złośliwie. Tylko czego w takim razie strzeżesz?
Ollivander czuł, że kolejny raz coś mu się wymyka spod kontroli. Rookwood był jak dym, który nie chciał dać się złapać nawet w słoik. Tylko gdyby mu się udało, co by z nim zrobił? Postawił na biurku i wpatrywał się w niego, zastanawiając, co takiego się stało, że wyszło, jak wyszło? Zmarłych powinno się grzebać na dobre. Dlaczego zatem nie potrafił się pogodzić ze śmiercią Sauriela, gdy okazało się, że mógł stanąć tuż obok niego? Umarłeś, a jednak żyjesz. Może o to w tym wszystkim chodziło. Tak naprawdę nigdy w to nie wierzył, a teraz nawet nie będzie potrafił udawać, że kiedykolwiek było inaczej. Puszka została otwarta, a jedyną marą, jaka z niej wypełzła, był Sauriel. Duch przeszłości atakujący ze zdwojoną siłą w chwili, gdy wyczuł słabość swojej ofiary.
Uniósł wzrok na Rookwooda, starając się odnaleźć w nim coś znajomego. Coś, co mówiłoby: hej, jestem twoim przyjacielem, ale miał rację. Szkoła już dawno się skończyła i nawet jeśli na powierzchni był tą samą osobą, po tylu latach rzeka już nie była taka sama. Nie mógł wiedzieć, co kryło się w jej głębinach.
- Skoro tego chcesz... – zaczął, wciskając ręce do kieszeni, ale wciąż nie odrywając od niego wzroku. – Ale muszę wiedzieć, dlaczego zniknąłeś bez słowa.
Czy aby na pewno chciał uchylać wieko kolejnego pudełka? Strącać przedmioty z regałów i patrzeć, jak roztrzaskują się w starciu z podłogą?
- Wchodzisz? – zapytał, wskazując w końcu na drzwi. – Czy twoja praca polega na staniu jak słup soli?
Nie ingerował w to, co tak właściwie robił Sauriel, bo pewnie i tak by mu na to pytanie nie odpowiedział. Skoro jednak w jakimś celu tu przyszedł, zamierzał wejść do środka: z Rookwoodem lub bez niego. Było zimno, powietrze było wilgotne i oślizgłe. Fergus miał wrażenie, że wręcz odzwierciedlało teraz jego nastrój. Chcąc, nie chcąc, uświadomił sobie, że po prostu potrzebował w tym momencie czyjegoś towarzystwa. A nawet jeśli w powłoce dawnego przyjaciela kryła się zupełnie nowa osoba, nie był teraz w stanie tym gardzić. Źdźbła trawy łaskoczące w palce, igła gramofonu opierająca się o winylową płytę, dym unoszący się wąską stróżką za szklarniami i brzdęk gitary. To wszystko były wspomnienia tak odległe, że zdawało się, że nigdy nie istniały. Pozostawał zapach tytoniu, plucha pod stopami i zatęchła ulica pośrodku goryczy zwanej życiem.
- Więc zostałeś psem na łańcuchu? – zaśmiał się złośliwie. Tylko czego w takim razie strzeżesz?
Ollivander czuł, że kolejny raz coś mu się wymyka spod kontroli. Rookwood był jak dym, który nie chciał dać się złapać nawet w słoik. Tylko gdyby mu się udało, co by z nim zrobił? Postawił na biurku i wpatrywał się w niego, zastanawiając, co takiego się stało, że wyszło, jak wyszło? Zmarłych powinno się grzebać na dobre. Dlaczego zatem nie potrafił się pogodzić ze śmiercią Sauriela, gdy okazało się, że mógł stanąć tuż obok niego? Umarłeś, a jednak żyjesz. Może o to w tym wszystkim chodziło. Tak naprawdę nigdy w to nie wierzył, a teraz nawet nie będzie potrafił udawać, że kiedykolwiek było inaczej. Puszka została otwarta, a jedyną marą, jaka z niej wypełzła, był Sauriel. Duch przeszłości atakujący ze zdwojoną siłą w chwili, gdy wyczuł słabość swojej ofiary.
Uniósł wzrok na Rookwooda, starając się odnaleźć w nim coś znajomego. Coś, co mówiłoby: hej, jestem twoim przyjacielem, ale miał rację. Szkoła już dawno się skończyła i nawet jeśli na powierzchni był tą samą osobą, po tylu latach rzeka już nie była taka sama. Nie mógł wiedzieć, co kryło się w jej głębinach.
- Skoro tego chcesz... – zaczął, wciskając ręce do kieszeni, ale wciąż nie odrywając od niego wzroku. – Ale muszę wiedzieć, dlaczego zniknąłeś bez słowa.
Czy aby na pewno chciał uchylać wieko kolejnego pudełka? Strącać przedmioty z regałów i patrzeć, jak roztrzaskują się w starciu z podłogą?
- Wchodzisz? – zapytał, wskazując w końcu na drzwi. – Czy twoja praca polega na staniu jak słup soli?
Nie ingerował w to, co tak właściwie robił Sauriel, bo pewnie i tak by mu na to pytanie nie odpowiedział. Skoro jednak w jakimś celu tu przyszedł, zamierzał wejść do środka: z Rookwoodem lub bez niego. Było zimno, powietrze było wilgotne i oślizgłe. Fergus miał wrażenie, że wręcz odzwierciedlało teraz jego nastrój. Chcąc, nie chcąc, uświadomił sobie, że po prostu potrzebował w tym momencie czyjegoś towarzystwa. A nawet jeśli w powłoce dawnego przyjaciela kryła się zupełnie nowa osoba, nie był teraz w stanie tym gardzić. Źdźbła trawy łaskoczące w palce, igła gramofonu opierająca się o winylową płytę, dym unoszący się wąską stróżką za szklarniami i brzdęk gitary. To wszystko były wspomnienia tak odległe, że zdawało się, że nigdy nie istniały. Pozostawał zapach tytoniu, plucha pod stopami i zatęchła ulica pośrodku goryczy zwanej życiem.