17.05.2024, 11:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.05.2024, 11:34 przez Basilius Prewett.)
– Dziękujemy. Jesteśmy naprawdę wdzięczni – powiedział z ulgą, nawet jeśli wolałby po prostu ruszyć w dalszą drogę, zamiast zatrzymywać się na noc u obcych czarodziejów. Oczywiście od razu zaoferował się, że to on odprowadzi abrakasany do stajni, ale ich gospodarze nawet nie chcieli o tym słyszeć.
Rzeczywiście reszta wieczoru minęła całkiem przyjemnie, nawet jeśli Basilisa wciąż dręczyła myśl o tym, że skoro dzisiaj nie udało im się odwiedzić ciotki Ethel, to będą pewnie musieli zrobić to jutro, a on naprawdę liczył, że następnego dnia będzie miał to już z głowy. Po jakimś czasie udało mu się jednak nieco rozluźnić i uznać, że to nie było zmartwienie na tę noc. Sam chętnie dołączył do rozmowy, porzucał psu piłkę, chociaż tylko przez chwilę, bo ten bardzo szybko się zmęczył, śmiał się i żartował wraz ze swoimi gospodarzami, chociaż zaloty jednej z córek Binnsa raczej grzecznie zbywał. Tak. To był zdecydowanie dość przyjemny wieczór.
Oczywistym więc było, że następnego ranka musiała ich zastać prawdziwa katastrofą.
– Laurent! Cholera. Wstawaj! – przywitał kuzyna, gdy tylko otworzył oczy i zorientował się, że nie leży w wygodnym łóżku, a na zrujnowanej podłodze, a jego nos jest głaskany przez jakiś chwast. Szybko zerwał się na równe nogi, uważnie rozglądając się dookoła. Byli tutaj sami. W zrujnowanym domu. Co to było? Duchy? Jakaś dziwna klątwą? Musiał się upewnić, czy nic ich przypadkiem nie przeklnęło, ale to dopiero potem. Na razie trzeba było się zorientować, co tu w ogóle się wydarzyło?
– Widziałeś wczoraj coś dziwnego? Czujesz się jakoś inaczej? – Basilius z dwukrotnie większą energią, niż zazwyczaj sobą prezentował, chodził po całym parterze. Kręcące się włosy miał rozczochrane, jak to nie on, ale zupełnie się tym nie przejmował, szukając jakichkolwiek wskazówek, czy też śladów po właścicielach. Najdziwniejsze, że przy tym wszystkim całkiem się wyspał.
Rzeczywiście reszta wieczoru minęła całkiem przyjemnie, nawet jeśli Basilisa wciąż dręczyła myśl o tym, że skoro dzisiaj nie udało im się odwiedzić ciotki Ethel, to będą pewnie musieli zrobić to jutro, a on naprawdę liczył, że następnego dnia będzie miał to już z głowy. Po jakimś czasie udało mu się jednak nieco rozluźnić i uznać, że to nie było zmartwienie na tę noc. Sam chętnie dołączył do rozmowy, porzucał psu piłkę, chociaż tylko przez chwilę, bo ten bardzo szybko się zmęczył, śmiał się i żartował wraz ze swoimi gospodarzami, chociaż zaloty jednej z córek Binnsa raczej grzecznie zbywał. Tak. To był zdecydowanie dość przyjemny wieczór.
Oczywistym więc było, że następnego ranka musiała ich zastać prawdziwa katastrofą.
– Laurent! Cholera. Wstawaj! – przywitał kuzyna, gdy tylko otworzył oczy i zorientował się, że nie leży w wygodnym łóżku, a na zrujnowanej podłodze, a jego nos jest głaskany przez jakiś chwast. Szybko zerwał się na równe nogi, uważnie rozglądając się dookoła. Byli tutaj sami. W zrujnowanym domu. Co to było? Duchy? Jakaś dziwna klątwą? Musiał się upewnić, czy nic ich przypadkiem nie przeklnęło, ale to dopiero potem. Na razie trzeba było się zorientować, co tu w ogóle się wydarzyło?
– Widziałeś wczoraj coś dziwnego? Czujesz się jakoś inaczej? – Basilius z dwukrotnie większą energią, niż zazwyczaj sobą prezentował, chodził po całym parterze. Kręcące się włosy miał rozczochrane, jak to nie on, ale zupełnie się tym nie przejmował, szukając jakichkolwiek wskazówek, czy też śladów po właścicielach. Najdziwniejsze, że przy tym wszystkim całkiem się wyspał.