Najważniejszą rzeczą w relacji Antoniusza i Morpheusa była zakrawająca o złośliwość szczerość i zrozumienie ścieżek. Nawet jeżeli żyli w zupełnie inny sposób, dopełniali się i w wielu aspektach zdawali się być tacy sami. Ostrze, które rozdzieliło ich dusze na pół, nie zrobiło tego czysto i teraz poszarpane brzegi stykały się na tych samych kolorach.
Znał dłonie przyjaciela, jak swoje własne, wiedział o konstelacjach przyszłości na nich zapisanych, o wspólnym uniwersum, które dzielili w liniach życia, w końcu był wróżbitą. Znał sekrety zagniotków, linie papilarne, znał parametry linii astrologicznych, wykresy idealnych miejsc, które tak często się dla nich przecinały. Południki przeznaczenia przechodzące przez świat jedynie kilka minut od siebie w astrokartografii, harmonia w tak wielu niebiańskich wytycznych.
Głęboki wdech.
— Na prawdę uważasz, że jestem taki brzydki? To ta siwizna, prawda? Osobiście uważam że dodaje mi powagi i godności — przygładził dłoniami swoje włosy, które straciły część swojej idealnej struktury zaczesania do tyłu na Ulizannę, przez wyjęcie z nich rubinowego diademu, zanim wyszli na spacer. Część loczków nieco oklapla i wróciła na swoje miejsca, ale część opierała się skutecznie tym zabiegom.
I on sięgnął po różdżkę, aby zaczarować rzeczywistość, w nadziei, że będzie bardziej skuteczny.
— Patrz i ucz się... — pieśń stali w dłoni brzmiała w jego gestach, nawet gdy te ograniczały się do nadgarstków.
Sukces!
Sukces!
Światło różdżki subtelnie ściągnęło z przestrzeni odpowiednie składniki, kształtując w powietrzu piękną kłódkę. Obok żelaza i węgla, chrom, nikiel, mangan, wolfram, miedź, molibden i tytan. Iskry z gleby, z wody, z powietrza, przemienione w solidny kawałek stali, układający się w wymarzony przez nich przedmiot. Kukułka, która usiadła na perle, trzymanej przez wężo-smoka, którego ogon tworzył zawias i ucho. Kłódka była pozbawiona dziurki do klucza. Dało się ją tylko zamknąć i już nigdy nie otworzyć. Małe dzieło magicznej sztuki ciężarem opadło do dłoni Shafiq'a.
— Widzisz, czasami warto jest być wiernym kochankiem — zarechotał ze swojego nader wybornego żartu i schował swoją różdżkę. O tym samym rdzeniu. Z tego samego drewna. Morpheus bardzo się zastanawiał, czy mógłby czarować tak samo różdżką Antoniusza. — Nie przypisuj mi tego cytatu.
Odchrząknął. To było absolutnie głupie i niesamowicie poważne w tym samym czasie. Nie mógł wyrzucić z głowy myśli, że dokonuje się w tej chwili jedna z najważniejszych rzeczy w jego życiu.
— Istnieje teoria zwana multiwersum, która mówi, że istnieje nieskończona liczba możliwych wszechświatów. Pomysł ten został po raz pierwszy użyty w Dublinie w 1950 roku przez mugola Erwina Schrödingera. Nie wiem, czy to prawda, ale chciałbym w to wierzyć. Chciałbym wierzyć, że żyjemy, prowadząc tysiące żyć obok siebie.