23.12.2022, 16:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.12.2022, 17:00 przez Julien Fitzpatrick.)
Słowa układały mu się w głowie, ale ich sens nie do końca docierał. ZOstawiał wypowiadane przez Brennę zdania w poczekalni, bo jego umysł był tak przepełniony kłębiącymi się myślami, że jakby wpuścił kolejne to straciłby ważne informacje z nich płynące. Z drugiej strony, odkładając przeanalizowanie informacji na poźniej ryzykował zapomnieniem ważnych fragmentów albo dobudowaniem sobie teorii, do tego co powiedziała Longbottom. Wszystko działo się tak szybko, a stwierdzenie, że nie musi podejmować decyzji teraz wydawało mu się tak samo odrealnione jak nowa rzeczywistość, w której przyjdzie mu żyć i funkcjonować.
Zacisnął usta i przymknął oczy.
- W niektórych momentach mam wrażenie, że Ministerstwo wcale nie poradzi sobie z Voldemortem. - mruknął pod nosem, zanim Brenna wyleciała na korytarz. Nie był pewien czy kobieta usłyszała to, co powiedział, ale miał szczerą nadzieję, że nie albo nie odpowie. Nie chciał obrażać jej ani innych pracowników Brygady, ale pracując w tej samej instytucji, chociaż w innym departamencie, zdawał sobie sprawę, że wysiłki 'pionków', którymi często byli pracownicy o niższej randze, niezbyt wiele mogą zmienić. Starał się o tym nie myśleć, jego krótkie życie było zbyt intensywne i wypełnione młodzieńczymi emocjami, aby nie spychał tak okropnych i dołujących faktów na drugi plan, tak długo, że... że w momencie, gdy obudził się z ręka w mocniku widząc śmierć dziewczyny i brata było już za późno.
- Nie, w porządku, dzięki... - odparł tylko na pytanie o jedzenie, bo żołądek miał tak ściśnięty, że jakby coś zjadł to prawdopodobnie musiałby się liczyć z tym, że zwrócenia zawartości brzucha nie doniósłby do najbliższej łazienki. Brenna pośpiesznie zniknęła za wejściem do kuchni, a Charlie zamrugał kilkukrotnie, gdy po dłuższej chwili i dochodzących z holu rozmów weszła do pomieszczenia z mężczyzną, do którego miała słać sowę. Rookwood wstał odsuwając krzesło, którego nogi zaszurały głośno o podłogę. Chłopak się skrzywił, ale dobre maniery brały nad nim górę, były czasem jak odruchy pawłowa, zupełnie jak narzucany mu przez rodziców akcent świadczący, że mógłby wychować się w Londynie, gdy tak naprawdę dzieciństwo spędził wśród rudych klifów Devonu. Wyciągnął rękę do Patricka, ale zaraz ją schował słysząc, że ten raczej do powitań się nie kwapi, ale do zadawania pytań jak najbardziej.
Zmieszał się, ale nie mógł się przecież dziwić. Wtargnął w ich(?) bezpieczne miejsce jako ktoś, kogo nazwisko raczej nie kojarzyło się najlepiej w ostatnich miesiącach narastającego konfliktu w Ministerstwie czy też ogólnie, świecie czarodziejów.
- Nie sądziłem, że tak szybko uda ci się wszystko zorganizować, wychodzi na to, że Cię nie doceniłem - zwrócił się do Longbottom, raczej żartobliwie i po raz pierwszy odkąd wszedł do domu dało się na jego twarzy spostrzec coś przypominającego cień głupawego uśmieszku, który zazwyczaj miał na twarzy.
Odchrząknął.
Gotowały się w nim emocje i chociaż był niesamowicie smutny, przybity, tak szarość depresyjnych myśli przygnieciona była intensywną czerwienią, gotowością do działania, chęcią zemsty za to, co spotkało jego samego, a przede wszystkim brata i niczemu niewinną Christie.
- To moja wina, że to się stało. - wypalił od razu, może niezbyt mądrze, bo najpierw mówił, a potem myślał, ale ostatecznie nie żałował tych słów. Czuł się winny tej sytuacji i to nie miało się zmienić w najbliższym czasie - Moja rodzina już w szkole miała problem do znajomych, których sobie wybierałem. Chciałem zjeść ciastko i mieć ciastko, brat zazwyczaj wyciągał mnie ze wszystkich tarapatów, więc tym razem też próbował. Umawialiśmy się z Christie od jakiegoś czasu, jej rodzice są Mugolami, spotkałem ich jakiś czas temu, nie wiem właściwie co miałbym im powiedzieć, boże co ja powiem Panu Henrykowi... - zaplątał się w swoich własnych myślach i zamrugał pare razy - Mniejsza, nie chcecie tego słuchać, nieistotne. Nie chciałem zostawiać brata samego z tym wszystkim, z rodzicami i resztą rodziny, ale przecież nie mogłem nagle przestać rozmawiać z moimi znajomymi czy przyjaciółmi, którzy są mugolskiego pochodzenia albo mają pro-mugolskie poglądy. Fineas mówił mi wiele razy, że powinienem był zerwać z Christie tylko po to, aby nic się jej nie stało no i... miał rację. Mieliśmy iść na bal, bo dostała zaproszenie. I, no. Właściwie to tyle. Nie wiem co więcej mam Ci powiedzieć, Brenna już wysłuchała całej reszty. - przełknął ślinę, spojrzał na Longbottom, a potem znowu na Patricka jakby chciał wywnioskować czy powiedział coś 'nie tak', czy powinien kontynuować, czy taka opowiedz wystarczy.
Serce mu przyspieszyło, nie chciał wychodzić z tego domu, potrzebował się położyć spać, a był pewien, że jakby się zaszył gdzieś w krzakach to prędzej czy później ktoś by go znalazł... może mógłby rzucić jakieś zaklęcia obronne. Automatycznie zaczął myśleć o planie 'B', jakby werdykt Patricka w sprawie miał sprawić, że wyrzucą go za drzwi.
- To dość... ja wiem, ze to dużo. Nie musicie mi pomagać. - dodał na końcu, bo już nie wiedział co ma ze sobą zrobić, a każda kolejna myśl podpowiadała mu, ze naraża tylko kolejne osoby - To było pierwsze miejsce, o którym pomyślałem, że mógłbym przyjść, może idiotycznie. - słowotok był dość częstym zjawiskiem u Rookwooda, ale nie tak paniczny.
Zacisnął usta i przymknął oczy.
- W niektórych momentach mam wrażenie, że Ministerstwo wcale nie poradzi sobie z Voldemortem. - mruknął pod nosem, zanim Brenna wyleciała na korytarz. Nie był pewien czy kobieta usłyszała to, co powiedział, ale miał szczerą nadzieję, że nie albo nie odpowie. Nie chciał obrażać jej ani innych pracowników Brygady, ale pracując w tej samej instytucji, chociaż w innym departamencie, zdawał sobie sprawę, że wysiłki 'pionków', którymi często byli pracownicy o niższej randze, niezbyt wiele mogą zmienić. Starał się o tym nie myśleć, jego krótkie życie było zbyt intensywne i wypełnione młodzieńczymi emocjami, aby nie spychał tak okropnych i dołujących faktów na drugi plan, tak długo, że... że w momencie, gdy obudził się z ręka w mocniku widząc śmierć dziewczyny i brata było już za późno.
- Nie, w porządku, dzięki... - odparł tylko na pytanie o jedzenie, bo żołądek miał tak ściśnięty, że jakby coś zjadł to prawdopodobnie musiałby się liczyć z tym, że zwrócenia zawartości brzucha nie doniósłby do najbliższej łazienki. Brenna pośpiesznie zniknęła za wejściem do kuchni, a Charlie zamrugał kilkukrotnie, gdy po dłuższej chwili i dochodzących z holu rozmów weszła do pomieszczenia z mężczyzną, do którego miała słać sowę. Rookwood wstał odsuwając krzesło, którego nogi zaszurały głośno o podłogę. Chłopak się skrzywił, ale dobre maniery brały nad nim górę, były czasem jak odruchy pawłowa, zupełnie jak narzucany mu przez rodziców akcent świadczący, że mógłby wychować się w Londynie, gdy tak naprawdę dzieciństwo spędził wśród rudych klifów Devonu. Wyciągnął rękę do Patricka, ale zaraz ją schował słysząc, że ten raczej do powitań się nie kwapi, ale do zadawania pytań jak najbardziej.
Zmieszał się, ale nie mógł się przecież dziwić. Wtargnął w ich(?) bezpieczne miejsce jako ktoś, kogo nazwisko raczej nie kojarzyło się najlepiej w ostatnich miesiącach narastającego konfliktu w Ministerstwie czy też ogólnie, świecie czarodziejów.
- Nie sądziłem, że tak szybko uda ci się wszystko zorganizować, wychodzi na to, że Cię nie doceniłem - zwrócił się do Longbottom, raczej żartobliwie i po raz pierwszy odkąd wszedł do domu dało się na jego twarzy spostrzec coś przypominającego cień głupawego uśmieszku, który zazwyczaj miał na twarzy.
Odchrząknął.
Gotowały się w nim emocje i chociaż był niesamowicie smutny, przybity, tak szarość depresyjnych myśli przygnieciona była intensywną czerwienią, gotowością do działania, chęcią zemsty za to, co spotkało jego samego, a przede wszystkim brata i niczemu niewinną Christie.
- To moja wina, że to się stało. - wypalił od razu, może niezbyt mądrze, bo najpierw mówił, a potem myślał, ale ostatecznie nie żałował tych słów. Czuł się winny tej sytuacji i to nie miało się zmienić w najbliższym czasie - Moja rodzina już w szkole miała problem do znajomych, których sobie wybierałem. Chciałem zjeść ciastko i mieć ciastko, brat zazwyczaj wyciągał mnie ze wszystkich tarapatów, więc tym razem też próbował. Umawialiśmy się z Christie od jakiegoś czasu, jej rodzice są Mugolami, spotkałem ich jakiś czas temu, nie wiem właściwie co miałbym im powiedzieć, boże co ja powiem Panu Henrykowi... - zaplątał się w swoich własnych myślach i zamrugał pare razy - Mniejsza, nie chcecie tego słuchać, nieistotne. Nie chciałem zostawiać brata samego z tym wszystkim, z rodzicami i resztą rodziny, ale przecież nie mogłem nagle przestać rozmawiać z moimi znajomymi czy przyjaciółmi, którzy są mugolskiego pochodzenia albo mają pro-mugolskie poglądy. Fineas mówił mi wiele razy, że powinienem był zerwać z Christie tylko po to, aby nic się jej nie stało no i... miał rację. Mieliśmy iść na bal, bo dostała zaproszenie. I, no. Właściwie to tyle. Nie wiem co więcej mam Ci powiedzieć, Brenna już wysłuchała całej reszty. - przełknął ślinę, spojrzał na Longbottom, a potem znowu na Patricka jakby chciał wywnioskować czy powiedział coś 'nie tak', czy powinien kontynuować, czy taka opowiedz wystarczy.
Serce mu przyspieszyło, nie chciał wychodzić z tego domu, potrzebował się położyć spać, a był pewien, że jakby się zaszył gdzieś w krzakach to prędzej czy później ktoś by go znalazł... może mógłby rzucić jakieś zaklęcia obronne. Automatycznie zaczął myśleć o planie 'B', jakby werdykt Patricka w sprawie miał sprawić, że wyrzucą go za drzwi.
- To dość... ja wiem, ze to dużo. Nie musicie mi pomagać. - dodał na końcu, bo już nie wiedział co ma ze sobą zrobić, a każda kolejna myśl podpowiadała mu, ze naraża tylko kolejne osoby - To było pierwsze miejsce, o którym pomyślałem, że mógłbym przyjść, może idiotycznie. - słowotok był dość częstym zjawiskiem u Rookwooda, ale nie tak paniczny.
I won't deny I've got in my mind now all the things we'd do
So I'll try to talk refined for fear that you find out how I'm imaginin' you
So I'll try to talk refined for fear that you find out how I'm imaginin' you