17.05.2024, 17:37 ✶
– Naprawdę? W takim razie przekaż moje szczere wyrazy współczucia Erikowi – mruknął, nie wiedząc, czy ma się czuć zaszczycony tym, że najwyraźniej, przynajmniej według Francesci, znalazł się w tej samej kategorii mężczyzn co brat Brenny, czy też zacząć podejrzewać, że po tamtej porażce, czarownica, postanowiła zaniżyć swoje oczekiwania.
– No cóż. Nam już planowała imiona dzieci i domek z ogródkiem, ale najwyraźniej to mi się coś ubzdurało – oświadczył z przekąsem, próbując lepiej chwycić rękojeść. Niech komuś innemu opowiada o potomstwu, które nie istniało. Jakby i tak nie musiał już ogarniać wystarczająco dużo nieodpowiedzialnych dorosłych. – Nie. Naprawdę chciałem wyciągnąć go na trzy. Na dwa wyciągam tylko, wtedy gdy widzę, że pacjent zaczyna panikować – zapewnił ją, a potem dla zmylenia przeciwnika wyciągnął sztylet na raz. Założył, że nie ważne co by powiedział Brenna i tak mentalnie szykowała się na dwa.
Ostrze wciąż stawiało niewielki opór, ale i tak dało się wyciągnąć bez większych problemów. Chociaż złośliwi pewnie powiedzieliby, że krwotok można było zaliczyć do większego problemu.
– Ja wiem. Przepraszam, ale już zaraz będzie po wszystkim. Świetnie sobie radzisz – powiedział, dotykając na chwilę w uspokającym geście ramienia czarownicy. Klnęła, a to znaczyło, że jeszcze nie zemdlała. To dobrze.
Krew. Krew wszędzie. Krew na odrzuconym już sztylecie. Krew na jego rękawiczkach i przede wszystkim krew na samej Brennie. Nie ważne ile razy by kogoś opatrywał i nie ważne, że potrafiłby zachować spokój w tego typu sytuacjach, to jednak sam się martwił. Tak wiedział co robić, ale przecież po drodze mogło pojawić się wiele komplikacji, a on opatrywał ją w swojej kuchni, a nie w Mungu przy wsparciu innych uzdrowicieli. Skupił się jednak na aplikowaniu kolejnych eliksirów i zaklęć, pozwalając na to, by zdobyta wiedza i doświadczenie przejęły jego ruchy i skutecznie zepchnęły niepokój na bok.
– No cóż. Nam już planowała imiona dzieci i domek z ogródkiem, ale najwyraźniej to mi się coś ubzdurało – oświadczył z przekąsem, próbując lepiej chwycić rękojeść. Niech komuś innemu opowiada o potomstwu, które nie istniało. Jakby i tak nie musiał już ogarniać wystarczająco dużo nieodpowiedzialnych dorosłych. – Nie. Naprawdę chciałem wyciągnąć go na trzy. Na dwa wyciągam tylko, wtedy gdy widzę, że pacjent zaczyna panikować – zapewnił ją, a potem dla zmylenia przeciwnika wyciągnął sztylet na raz. Założył, że nie ważne co by powiedział Brenna i tak mentalnie szykowała się na dwa.
Ostrze wciąż stawiało niewielki opór, ale i tak dało się wyciągnąć bez większych problemów. Chociaż złośliwi pewnie powiedzieliby, że krwotok można było zaliczyć do większego problemu.
– Ja wiem. Przepraszam, ale już zaraz będzie po wszystkim. Świetnie sobie radzisz – powiedział, dotykając na chwilę w uspokającym geście ramienia czarownicy. Klnęła, a to znaczyło, że jeszcze nie zemdlała. To dobrze.
Krew. Krew wszędzie. Krew na odrzuconym już sztylecie. Krew na jego rękawiczkach i przede wszystkim krew na samej Brennie. Nie ważne ile razy by kogoś opatrywał i nie ważne, że potrafiłby zachować spokój w tego typu sytuacjach, to jednak sam się martwił. Tak wiedział co robić, ale przecież po drodze mogło pojawić się wiele komplikacji, a on opatrywał ją w swojej kuchni, a nie w Mungu przy wsparciu innych uzdrowicieli. Skupił się jednak na aplikowaniu kolejnych eliksirów i zaklęć, pozwalając na to, by zdobyta wiedza i doświadczenie przejęły jego ruchy i skutecznie zepchnęły niepokój na bok.