Jakiego komentarza spodziewał się Flynn, kiedy stanął przed Cainem? Czy to miała być pochwała, zadowolenie, a może "idź się przebierz"? Bletchley nie zastanawiał się w ogóle, jak ubierze się Fleamont. Że jego znajomy (albo dobry przyjaciel na potrzeby sceny) ubiera się charakterystycznie to powinien być gorszy? Osoby, z którymi się zadajesz, potrafiły dużo powiedzieć o człowieku. I zarazem potrafiły mówić niewiele. Nie mówił tego na głos, Flynn mu się podobał dokładnie tak, jak się nosił i ubierał, ale przecież ciężko byłoby go uznać za kogoś więcej niż chłopaka z problemami. Tak, chłopaka, bo nawet mimo zniszczonej twarzy, która wyglądała o kilka lat starzej niż powinna, Flynn sprawiał wrażenie osoby niedojrzałej. Inni go też tak widzieli, czy tylko on tak patrzył? Tak nazywał wielki worek wszystkich problemów, którymi był zapakowany. To tymi problemami się owijał i nosił je jak kreacje, a kiedy nie mógł sobie z nimi poradzić - zmieniał kieckę. To było tak proste, że aż zabawne. Więc - koszula jak koszula? Spodnie jak spodnie? Jak cię widzą, tak cię piszą. Dlatego zachowanie neutralności i stonowania w tym, co było noszone, uważał za sedno. Tak samo jak pewna konieczność dopasowania się do towarzystwa, w którym przyjdzie ci się pokazać. Nie pójdziesz na pogrzeb w kolorowej koszuli. Nie pokażesz się na Nocturnie w hawajskim stylu. Nie pójdziesz na plaże ubrany cały na czarno, bo będziesz się wyróżniać. Flynn zawsze się wyróżniał i jedyne, czego się NIE spodziewał Bletchley, gdy go zobaczy, to tego, że będzie wyglądać... no będzie wyglądać tak. Spoglądał na niego z ciekawością, bo zobaczył coś nowego. Uśmiechnął się ciepło i dotknął jego bioder, przesunął na odsłonięte tułowie, potem na ramiona i poprawił jego kołnierzyk, chociaż to wcale nie był gest celem faktycznego poprawiania czegokolwiek. To był gest, żeby go podotykać i przekazać swoje uznanie. Widzę cię. Patrzę na ciebie, widzę cię. Podobasz mi się.
- Przeszkadza ci to? - Mogli jeszcze zawrócić. Mogli zrezygnować z tego pomysłu. Szedł tutaj właściwie głównie dlatego, że Fleamont chciał, bo sam... sam chyba wolałby poleżeć na trawie i nawet na niej zasnąć po tym męczącym dniu. Męczącym przez Flynna. CHYBA. Bo Cain był ciekaw większości doznań, które mógł odkryć z Flynnem i przede wszystkim był ciekaw... jego. Po prostu jego. Tego, jak normalnie funkcjonuje, co robi, jak zawiera znajomości, czy je zawiera, czy będzie tutaj świadkiem jednej z tych nieszczęsnych chwil, w których będzie mu przykro przez jakieś romantyczne podrywanie drużby panny młodej. Bo skoro to było wesele to bogowie chyba wiedzą, kogo tutaj Flynn mógł wyrywać.
- Słyszysz, jak gwiazdy mrugają? - Jedna z niewiast westchnęła wręcz tęsknie. Fleamont bujać się nie musiał, najwyraźniej aktualnie został wykorzystany jako dobra podpora do bujania się innych. Brunetka o długich za pas włosach, w które powplatała różne koraliki i zapomniała ich czesać jakiś czas, a mimo to jakoś dobrze to wyglądało, położyła dłoń na jego barku. Stojąca obok niewiasta, która bujała się w podobnym rytmie pokiwała głową z krótkim "mmm". To był moment, w którym Cain się zainteresował, czy powinien interweniować i być pomocą dla kolegi w potrzebie.
Jego uwagę odwróciło zamieszanie wokół panny młodej, która była właśnie zaganiania do specjalnie przygotowanego stołka. Jedna drużba niosła jej długi, zapleciony warkocz - jeśli był autentyczny, a nie miał doczepianych włosów, to Cain był naprawdę pod wrażeniem. W końcu ktoś zawołał, żeby zmienili płytę. W końcu puścili jakieś rocka. Jedna z dziewczyn od razu wyskoczyła z zajmowanego wcześniej miejsca i pociągnęła do bujania się swojego partnera. Towarzystwo efektem domino zdawało się rozbudzać. Nic dziwnego. Ten blues nawet jego przysypiał.
- A tyyy? - Zapytała Flynna brunetka obok niego, otwierając powieki i bujając się teraz bardziej w rytm muzyki naprawdę słyszalnej. - Tańczyysz?