Chociaż Geraldine mogła uważać, że nie mówi poważnie, Longbottom miał słabość do desperacji, długiego na tysiące mil spojrzenia i podkrążonych oczu, więc jeszcze bardziej podobała mu się w tej nieco pogrążonej w smutku wersji. Przynajmniej był tego świadom i nie wykorzystywał słabości emocjonalnych dla własnych korzyści. Jakąś moralność i godność jeszcze miał, nawet jeśli niektórzy uważali inaczej. Nie ciągnął tematu, wyczuwając, że sprawa jest poważna. Napił się piwa, starając się zrobić to tak, aby nie dorobić sobie wąsów z piany.
Było paskudne, kwaśne i zdecydowanie rozrobione, niczym w mugolskich powieściach o quasi-średniowieczu, więc odsunął je na bok i nalał sobie whisky do drugiej szklanki, jaką wcześniej przygotowała Geralidne. Wypłukał paskudny smak innym, równie paskudnym, ale bardziej akceptowalnym i spojrzał na karteczkę.
Przysunął ją do siebie dwoma palcami, papier zaszeleścił na pseudo-drewnianym blacie, a on zdziwił się pozytywnie, że do niczego się nie przykleił.
Morpheus zaczął czytać znaki. Raz. Drugi. Trzeci. Odwrócił je do góry nogami. Później dotknął ich różdżką, a te pojawiły się lśniąc w powietrzu, pomiędzy nimi. Morpheus przestawiał je, pozwalając projekcjom sunąć pomiędzy sobą, zmieniając szyk run. Mars na czole Morpheusa pogłębiał się z każdą chwilą, a usta z sympatycznego uśmiechu przekształcały się w arogancką minę pełną zapalczywości. Oczy Morpheusa za to lśniły blaskiem ekscytacji i zainteresowania. Oto bowiem zawisła przed nim tajemnica.
— Potrafię... I nie jednocześnie. Nie mają żadnego sensu w tej formie. Potrzebuję więcej informacji na ich temat. Skąd je masz? Czy tak wygląda ich układ oryginalnie? Położenie ma również znaczenie. Czy jesteś którychś niepewna?
W ostateczność zamierzał poprosić Yaxley o wspomnienie sytuacji, w której widziała runy, chociaż zdawał sobie sprawę, że zapraszanie innych do swoich wspomnień stanowiło dla wielu temat tabu, wprawiając w ogromny dyskomfort samą sugestią.
Runy zgasły, a on przykrył je dłonią, gdy w pobliżu zjawiła się kelnerka, przynosząc im koszyczek z frytkami. Drugą ręką wziął jedną, okropnie tłustą i przesoloną i zjadł, nadal bardzo zafrasowany postawionym przed nim wyzwaniem. Problem z runami zasadniczo polegał na tym, że oprócz standardowych znaków, należących do powiedzmy alfabetu, bardziej zaawansowane formy korzystały z magii sigili do tworzenia skomplikowanych konstrukcji lingwistycznych. Podziękował kobiecie, uśmiechnął się do niej swoim profesjonalnym uśmiechem numer pięć, z nutką czarusiostwa i poczekał aż odejdzie, by kontynuować swoją wypowiedź.
— Na chwilę obecną mogę powiedzieć, że jest to fragment większej całości, to co tutaj mamy jest bardzo wyrwane z kontekstu.
Widocznie czekał na więcej informacji od łowczyni potworów. Bardzo ciekawiło go to, jak weszła w posiadanie tych symboli, bo kołatały mu się po głowie różne możliwości, żadna dostatecznie pewna, aby ją wypowiedzieć na głos, lecz wystarczająco wyraźna, aby złapał ją, niczym nić pajęczą i wyszukał lśniącego tkacza na jej końcu.
Na jego obliczu lśnił głód. Pragnął każdej kropli informacji o tej sprawie. Za wszelką cenę.