Szelest papieru trącego o papier znikał w poszumie rozmów, odgłosów ludzi, przeżuwających, pijących , oddychających i żyjących w zamkniętej przestrzeni klubu. Do tego dochodziły warstwy dźwięków zastawy, kieliszków, sztućców, popielniczek. Na wierzchu zaś oniryczny, zaspany głos, z nęcącą chrypką, ukrywający to wszystko pod ciepłym puchem rozmarzenia, fantazji o rzeczach, które nie miały nigdy miejsca.
Szept kart zatrzymał się, gdy pojawiła się kobieta. Jedna karta została uniesiona i ułożona pomiędzy dwa kieliszki, rewersem w górę, drobną szachownicą róż i lilijek klasycznego Raider-Waite. Lubi uniwersalność tej talii, łatwą czytelność symboliki, którą przedstawiały. Nigdy nie był przychylny wróżebnym taliom na podstawie systemu wymyślonego przez pojedynczego autora, które bardzo często mieszały wielkie archetypy ze ścieżkami i kompletnie rozmywały intuicyjną formę tego typu dywinacja. Zmieniały znaczenia znajomym symbolom, powodując konfundację i brak logicznych ciągów tylko dla zwykłego oportunizmu.
Powstała w 1909 roku dzięki współpracy dwóch kluczowych postaci: Arthura Edwarda Waite'a i Pameli Colman Smith. Waite, brytyjski okultysta i członek Zakonu Złotego Brzasku, pragnął stworzyć talię tarota, która byłaby bardziej dostępna i łatwiejsza do interpretacji niż wcześniejsze wersje. Pamela Colman Smith, artystka i ilustratorka również związana z Zakonem Złotego Brzasku, została zaangażowana do stworzenia ilustracji do kart. Jej niezwykle bogate i szczegółowe obrazy nadały talii Rider-Waite unikalny charakter. Jednym z przełomowych aspektów tej talii było wprowadzenie ilustrowanych scen na kartach Małych Arkanów, co znacznie ułatwiło interpretację kart nawet początkującym czytelnikom tarota. Wcześniej zamiast nich widniały zwykłe dwory kart do gry, trefle, piki, karo i kiery. Wielowarstwowość tarota, jego nawiązania do kabały, radycji judeochrześcijańskiej oraz symboliki magicznej, korespondencje planetarne, zodiakalne i energetyczne z aspektami żywiołów, absolutnie windowały te karty ponad inne systemy.
Zanurzył usta w kieliszku wina. Czerwone wino było jak poezja w płynie, niosąca ze sobą esencję czasu i ziemi, z której się wywodzi. Gdy unosił kieliszek do ust, zbliżał się do tajemnicy, którą skrywały w sobie winogrona dojrzewające pod słońcem Italii. Z rozbawieniem dojrzał etykietę znanego mu Château de Dragon. Zamawiał na ślepo. Pierwszy łyk był jak spotkanie z duszą wina. Smak rozpływał się po języku, wywołując symfonię doznań, w której każda z owocowych nut i taniny, były jak wspomnienie zapomnianego ogrodu. Czuł ciepło w sercu, jakby dotknął promieni słonecznych, które oświetlały te winogrona. Smak wina był głęboki i złożony, niczym życie – pełen słodkich momentów, ale też tych gorzkich, które dodają mu charakteru. Kiedy w końcu zrozumie się jego język, pojmuje się, że każda kropla jest modlitwą, hymnem pochwalnym dla życia i wszystkich jego nieskończonych możliwości. Zupełnie jak karty.
Na wydechu odwrócił kartę, gdy kobieta odeszła. Królowa Pentakli.
— Może właśnie odrzuciłeś tę jedyną, tę idealną — odezwał się do niego po raz pierwszy od dłużej chwili z lekką chrypką; chwilę wcześniej skończył palić mocne, francuskie papierosy.
Wyglądał na swoje prawie czterdzieści lat, głównie przez magiczne szaty w kolorze ciemnej oberżyny, ze skomplikowanym haftem na ramionach i powłóczystych połach i gładką wersją tego samego materiału, założoną na ukosy w zakładki na piersi, tworząc coś, co nieco przypominało zbroję w swoim kroju. Złoty łańcuszek połyskiwały na szyi, a gładko zaczesane do tyłu włosy i gładkie policzki uwydatniły jeszcze marsową minę oraz orli nos, dodając mu ministerialnej powagi. Wyglądał jak ktoś bogaty i arogancki. Wizja ta jednak złamała się, gdy odwzajemnił uśmiech Laurenta.
Bo uśmiechał się jak słońce.