18.05.2024, 12:28 ✶
- Tak - powiedział, jeszcze raz wzdychając ciężko - bo to nie jest tłum, w którym można się schować. - Ale nie wrócił. W ogóle nie brał tego pod uwagę, więc ruszył do przodu i skończył w sytuacji nowej, niespodziewanej, innej... Był na weselu dosłownie raz, ale znał je z opowieści, z plotek, nie potrafił nie zauważyć, że ludzie zwracali na nich uwagę na otoczenie, na bawiących się, wracali do domu z historiami, których częścią niekoniecznie chciał się dzisiaj stać.
Bletchley widział go więc innego, niż kiedy przebywali razem. Nie wyglądał na zestresowanego, wręcz przeciwnie - na pewnego siebie i skupionego na sytuacji, na niepotrzebującego ratunku, na pana tego, co mówił i robił - to przy nim pozwalał sobie na bycie w rozsypce, na mówienie o jedno słowo lub zdanie za dużo, na tonięcie pod morzem łez będących wyrazem głębokiego cierpienia, na głośne wyrażanie potrzeby bliskości, jaką czuł nieustannie. Teraz ta cholerna przylepa niepotrafiąca zostawić go na krok wyglądała bardziej niż Crow znany wszystkim z przeszłości. Stojący prosto, nonszalancki bawidamek. Szmaciarz rzucił przed chwilą tekstem „słyszę tylko bluese'a i twój słodki głos”. Ale zdradzało go jedno - to jak czasami zerkał w jego kierunku i na jego twarzy pojawiał się przynajmniej cień uśmiechu za każdym razem, kiedy ich spojrzenia się zetknęły i... roztargnienie, kiedy uwaga Bletchleya była skupiona na czymś innym. Tak, koleś był kompletnie niereformowalny. Chłopak nie musiał mówić o jego stroju absolutnie nic, Flynn już sobie przecież odpowiedział na wszystkie pytania, tak czy siak, ale jego gest dodatkowo go podładował - stwierdził więc, że musiał przestać wmawiać sobie jakieś durnoctwa i skupić uwagę na kocham cię. Kocham cię wyszeptanym tym słodkim głosem, kiedy miał mu powiedzieć coś, co zapamięta do końca życia. Piękne wyznanie, budujące. Niestety nie wyleczyło tego idioty z głębokiej, toksycznej zazdrości zakorzenionej głęboko we wszystkich jego kompleksach.
- Jasne, tylko uważaj, gdzie trzymasz ręce, moja narzeczona jest legilimentką. - Chciałby dodać i pracuje w policji, albo i świdruje mnie właśnie wzrokiem, ale po pierwsze - on naprawdę chciał iść potańczyć (a to spłoszyłoby każdego), a po drugie - jego narzeczona świdrowała teraz wzrokiem kogoś innego. Wiedział o tym, bo kiedy śliczna brunetka mimo wszystko pociągnęła go za rękę, chętna do wspólnej zabawy z kompletnie niepasującym tutaj, tajemniczym kuzynem panny młodej z Wisconsin (Flynn wymyślił to na poczekaniu kompletnie z dupy i czekał na salwę śmiechu, ale wszyscy musieli wypalić za dużo, bo nikt nie podważył tego faktu na podstawie silnego, angielskiego akcentu), zerknął na niego jeszcze raz. Jego blues nie usypiał. Właściwie to bardzo dobrze wiedział, jak kobieta dobrze mogła kogoś rozpalić, bujając biodrami do powolnej, leniwej muzyki. Na nieszczęście Ka... Kar... Kath... na nieszczęście tej pięknej damy, to Flynn wolał być stroną ruszającą biodrami, kiedy jego narzeczona korzystałaby z tego teatrzyku, nakręcając się na niego coraz mocniej. Ale tak nie było - jego narzeczona musiała zgubić go w tłumie skandujących osób, kiedy panna młoda czerwieniła się coraz mocniej - i to chyba był dar niebios dla wszystkich zebranych, bo prawdopodobnie uniknęli kryzysu - Flynn nie zdążył zauważyć jak Bletchleya znowu zagaduje ta cholerna barmanka.
- Nie jesteś gościem wesela, co? - Zapytała go, wpatrując się razem z nim w ten sam punkt. Widać po niej było, że jest jedną z tych ciekawszych osób, tych charakternych, mających coś do opowiedzenia, być może coś ciekawszego niż mógłby opowiedzieć Fleamont - to właśnie doprowadziłoby go do stanu głębokiej irytacji, ale był zajęty próbą niewpadnięcia z tą wariatką na głośnik. - Pewnie zastanawiasz się, jak to zgadłam. Tylko ty i pan młody nie jesteście ujarani.
Bletchley widział go więc innego, niż kiedy przebywali razem. Nie wyglądał na zestresowanego, wręcz przeciwnie - na pewnego siebie i skupionego na sytuacji, na niepotrzebującego ratunku, na pana tego, co mówił i robił - to przy nim pozwalał sobie na bycie w rozsypce, na mówienie o jedno słowo lub zdanie za dużo, na tonięcie pod morzem łez będących wyrazem głębokiego cierpienia, na głośne wyrażanie potrzeby bliskości, jaką czuł nieustannie. Teraz ta cholerna przylepa niepotrafiąca zostawić go na krok wyglądała bardziej niż Crow znany wszystkim z przeszłości. Stojący prosto, nonszalancki bawidamek. Szmaciarz rzucił przed chwilą tekstem „słyszę tylko bluese'a i twój słodki głos”. Ale zdradzało go jedno - to jak czasami zerkał w jego kierunku i na jego twarzy pojawiał się przynajmniej cień uśmiechu za każdym razem, kiedy ich spojrzenia się zetknęły i... roztargnienie, kiedy uwaga Bletchleya była skupiona na czymś innym. Tak, koleś był kompletnie niereformowalny. Chłopak nie musiał mówić o jego stroju absolutnie nic, Flynn już sobie przecież odpowiedział na wszystkie pytania, tak czy siak, ale jego gest dodatkowo go podładował - stwierdził więc, że musiał przestać wmawiać sobie jakieś durnoctwa i skupić uwagę na kocham cię. Kocham cię wyszeptanym tym słodkim głosem, kiedy miał mu powiedzieć coś, co zapamięta do końca życia. Piękne wyznanie, budujące. Niestety nie wyleczyło tego idioty z głębokiej, toksycznej zazdrości zakorzenionej głęboko we wszystkich jego kompleksach.
- Jasne, tylko uważaj, gdzie trzymasz ręce, moja narzeczona jest legilimentką. - Chciałby dodać i pracuje w policji, albo i świdruje mnie właśnie wzrokiem, ale po pierwsze - on naprawdę chciał iść potańczyć (a to spłoszyłoby każdego), a po drugie - jego narzeczona świdrowała teraz wzrokiem kogoś innego. Wiedział o tym, bo kiedy śliczna brunetka mimo wszystko pociągnęła go za rękę, chętna do wspólnej zabawy z kompletnie niepasującym tutaj, tajemniczym kuzynem panny młodej z Wisconsin (Flynn wymyślił to na poczekaniu kompletnie z dupy i czekał na salwę śmiechu, ale wszyscy musieli wypalić za dużo, bo nikt nie podważył tego faktu na podstawie silnego, angielskiego akcentu), zerknął na niego jeszcze raz. Jego blues nie usypiał. Właściwie to bardzo dobrze wiedział, jak kobieta dobrze mogła kogoś rozpalić, bujając biodrami do powolnej, leniwej muzyki. Na nieszczęście Ka... Kar... Kath... na nieszczęście tej pięknej damy, to Flynn wolał być stroną ruszającą biodrami, kiedy jego narzeczona korzystałaby z tego teatrzyku, nakręcając się na niego coraz mocniej. Ale tak nie było - jego narzeczona musiała zgubić go w tłumie skandujących osób, kiedy panna młoda czerwieniła się coraz mocniej - i to chyba był dar niebios dla wszystkich zebranych, bo prawdopodobnie uniknęli kryzysu - Flynn nie zdążył zauważyć jak Bletchleya znowu zagaduje ta cholerna barmanka.
- Nie jesteś gościem wesela, co? - Zapytała go, wpatrując się razem z nim w ten sam punkt. Widać po niej było, że jest jedną z tych ciekawszych osób, tych charakternych, mających coś do opowiedzenia, być może coś ciekawszego niż mógłby opowiedzieć Fleamont - to właśnie doprowadziłoby go do stanu głębokiej irytacji, ale był zajęty próbą niewpadnięcia z tą wariatką na głośnik. - Pewnie zastanawiasz się, jak to zgadłam. Tylko ty i pan młody nie jesteście ujarani.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.