18.05.2024, 18:39 ✶
Zmarły kilka lat wcześniej Mannan spoglądał na Sebastiana z jednej z fotografii, na której stoi tuż obok Very. Po wieku łatwo można określić, iż zdjęcie wykonano tuż po ich ślubie, gdy to młoda para zdawała mieć przed sobą szczęśliwe do końca swoich dni… które ponuro zamieniło się w koniec jego dni. Zwrot akcji, którego nie powstydziłby się żaden, poczytny pisarzyna.
Zwrot akcji zupełnie jak ten, który właśnie ma miejsce, gdy Vera ściąga z głowy ręcznik, a zielonym oczom ukazują się.. kaktusy. Paskudne kaktusy, których Vera nie znosi całym sercem. Bo choć posiada wiedzę o roślinach przydatnych w leczeniu i badaniach, tak na domowym parapecie nie potrafi utrzymać przy życiu nawet właśnie kaktusa. Czyżby była to zemsta kaktusowej braci? Nie jest pewna. Nie wie również co powiedzieć jej bratu, który wyraża właśnie zaniepokojenie.
- Ja… Nie wiem. - Żali się, by potrzymać dłonią część kaktusiej perułki, która czai się aby wbić igły w jej oczy. Waha przez chwilę nie pewna, czy przypadkiem nie zamknąć się tej łazience po wieki wieków… Wie jednak, iż jeśli nie Sebastian to w końcu Delilah wyważy białe drzwi by sprawidzić, co z córką. Niepewnie uchyla je więc, nie chcąc grozić im śmiercią i wpuszcza brata do łazienki prezentując się… Cóż, fatalnie. Igły kłują delikatną skórę, kaktusie cząstki nie układają się w ogóle a oczy czarownicy błyszczą przerażeniem.
- Umyłam je jak zawsze. nie wiem czemu zmieniły się w kaktusy… - Wyznaje, unikając spojrzeniem lustra. Vera jest kobietą, która przywiązuje niezwykłą wagę do własnej prezencji, wbrew wszelkim zasadom Traversów zwyczajnie nie trzymając się cienia. - Chyba przyjdzie nam się spóźnić… - Dodaje po czym zagryza nerwowo wargę. Rok jeden krok, drugi i… Nie wie, co powinna dalej począć i gdzie szukać rozwiązania choć jest pewna, że takie z pewnością istnieje… Tylko gdzie go szukać? Zielone oczy zatrzymuje na buzi brata z nadzieją, iż ten wskaże kierunek niczym kapitan nieistniejącego statku tej porażki..
Zwrot akcji zupełnie jak ten, który właśnie ma miejsce, gdy Vera ściąga z głowy ręcznik, a zielonym oczom ukazują się.. kaktusy. Paskudne kaktusy, których Vera nie znosi całym sercem. Bo choć posiada wiedzę o roślinach przydatnych w leczeniu i badaniach, tak na domowym parapecie nie potrafi utrzymać przy życiu nawet właśnie kaktusa. Czyżby była to zemsta kaktusowej braci? Nie jest pewna. Nie wie również co powiedzieć jej bratu, który wyraża właśnie zaniepokojenie.
- Ja… Nie wiem. - Żali się, by potrzymać dłonią część kaktusiej perułki, która czai się aby wbić igły w jej oczy. Waha przez chwilę nie pewna, czy przypadkiem nie zamknąć się tej łazience po wieki wieków… Wie jednak, iż jeśli nie Sebastian to w końcu Delilah wyważy białe drzwi by sprawidzić, co z córką. Niepewnie uchyla je więc, nie chcąc grozić im śmiercią i wpuszcza brata do łazienki prezentując się… Cóż, fatalnie. Igły kłują delikatną skórę, kaktusie cząstki nie układają się w ogóle a oczy czarownicy błyszczą przerażeniem.
- Umyłam je jak zawsze. nie wiem czemu zmieniły się w kaktusy… - Wyznaje, unikając spojrzeniem lustra. Vera jest kobietą, która przywiązuje niezwykłą wagę do własnej prezencji, wbrew wszelkim zasadom Traversów zwyczajnie nie trzymając się cienia. - Chyba przyjdzie nam się spóźnić… - Dodaje po czym zagryza nerwowo wargę. Rok jeden krok, drugi i… Nie wie, co powinna dalej począć i gdzie szukać rozwiązania choć jest pewna, że takie z pewnością istnieje… Tylko gdzie go szukać? Zielone oczy zatrzymuje na buzi brata z nadzieją, iż ten wskaże kierunek niczym kapitan nieistniejącego statku tej porażki..