19.05.2024, 00:12 ✶
Myliła się. Prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu świadomie mógł to stwierdzić z całą pewność. Gdyby nie miał Rudej czy do niedawna nawet Charliego, jego życia wyglądałoby kompletnie inaczej. I wątpił, aby było lepsze. To zawsze ta dwójka go wszędzie wyciągała. Dbała o niego jak nikt inny. Bez nich zakopałby się w książkach i notatkach, aż w końcu stałby się kompletnym odludkiem. Ruda go uratowała. Może to był jakiś plus jej popularności. To też działało na niego pozytywnie, bo poniekąd musiał przez to wychodzić do ludzi.
— A moja bieda będzie twoją biedą — odparł bez zawahania, uśmiechając się przekornie pod nosem. Zaraz jednak zmarszczył brwi i wbił w Heather nieco skonfundowane spojrzenie. — Właśnie zdałem sobie sprawę, że kiedyś przyjdzie taki dzień, że zobaczę cię za ladą w rodzinnej aptece. Wiesz, bądź co bądź, będziesz panią Lupin. Tradycji musi stać się zadość. Upchniesz w kalendarzu jakiś przyspieszony kurs aptekarstwa?
Cameron miał odpowiednie wykształcenie, aby legalnie pracować w aptece. Wykazywał się też odpowiednią wiedzą i umiejętnościami. Jednak przecież nie zawsze tak było. Już nawet jako dziecko spędzał dałe popołudnia na zapleczu, pomagając w rozlewaniu eliksirów z kotłów do mniejszych fiolek i buteleczek. Kroił składniki na eliksiry, segregował produkty rzemieślnicze, które przynosili im dostawcy...
Skoro mogło to robić dziecko to Heather na pewno też! Swoboda, z jaką zarządzono rodzinnym dobytkiem, mogła wynikać z tego, że mieli w dużej mierze monopol w magicznym Londynie. No i ludzie ich lubili za przystępne ceny i za to, że nie sprzedali się żadnej większej organizacji. A było paru takich bogaczy, którym marzyło się stworzenie własnej sieci patek rozsianych po całej Wielkiej Brytanii!
— Myślę, że w fartuchu apteki wyglądałabyś jeszcze lepiej niż w mundurze — napomknął niewinnie, obejmując Heather w talii, kiedy ruszyli w stronę sadów Abbottów.
Kamień spadł mu z serca, gdy Ruda nieco się rozgadała. Martwił się, że faktycznie może być na niego zła o ten wybryk w Windermere. Skrzywił się, gdy wspomnienia z tego miejsca ponownie naparały na jego świadomość. Chociaż z pozoru to miejsce wydawało się dosyć spokojne, tak wiedział, że nie będzie w stanie spojrzeć na ten ośrodek tak samo. Już zawsze będzie mu się kojarzył z tym, jak potraktował Heather i jak łatwo było... przestać być sobą.
W pewnym momencie ich spaceru zwykłe drzewa pokroju gruszy, jabłoni i wiśni zaczęły ustępować tym, których miejsca znajdowały się stricte na podwórkach czarodziejów. Lewitujące między dwoma gruszami drzewo sprawiło, że Cameron zatrzymał się zszokowany. Nawet korzenie unosiły się w powietrzu, poruszając się nieznacznie, gdy drzewo obracało się powoli wokół własnej osi zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Uścisk Camerona stał się mocniejszy.
— Masz ochotę na coś magicznego czy bardziej ekhm normalnego? — rzucił niezbyt elokwentnie.
Stanął za Heather i całując delikatnie jej ramię, aby zaraz przejść do szyi, czekając, aż ta podejmie decyzje. Zbliżeni do siebie, dla ludzi z daleka, mogli przypominać starożytny marmurowy posąg wykonany ku czci kochanków, którzy pozwolili uwiecznić się w chwili swych czułości. To nie tak, że zachęcał ją do czegoś złego... A raczej kusił. Minimalnie. Badał teren. Bądź co bądź, w ostatnim czasie pracował nie tylko nad swoimi pocałunkami (w asyście Wood, oczywiście), ale też nad tężyzną fizyczną. Wspinanie się na majowe pale okazało się punktem przełomowym: nieco się podciągnął, jeśli chodzi o aktywność fizyczną. Takie magiczne drzewo to pikuś. Wszedłby na nie bez trudu. Gorzej z zejściem na ziemię.
Zastanawiał się, jak by to było, gdyby ich teraz spetryfikował jakiś potwór albo ktoś rzucił na nich zaklęcie przez co tkwili by tak zawieszeni w czasie. Bolałoby? A może przez całe lata znajdowali pocieszenie w tym, że utknęli w momencie pocałunku, gdzie jedno udowadniało drugiemu jak bardzo im sobie nawzajem zależy? Co myśleliby o nich medycy i klątwołamacze, którym prędzej czy później polecono by, aby ich odczarować?
— A moja bieda będzie twoją biedą — odparł bez zawahania, uśmiechając się przekornie pod nosem. Zaraz jednak zmarszczył brwi i wbił w Heather nieco skonfundowane spojrzenie. — Właśnie zdałem sobie sprawę, że kiedyś przyjdzie taki dzień, że zobaczę cię za ladą w rodzinnej aptece. Wiesz, bądź co bądź, będziesz panią Lupin. Tradycji musi stać się zadość. Upchniesz w kalendarzu jakiś przyspieszony kurs aptekarstwa?
Cameron miał odpowiednie wykształcenie, aby legalnie pracować w aptece. Wykazywał się też odpowiednią wiedzą i umiejętnościami. Jednak przecież nie zawsze tak było. Już nawet jako dziecko spędzał dałe popołudnia na zapleczu, pomagając w rozlewaniu eliksirów z kotłów do mniejszych fiolek i buteleczek. Kroił składniki na eliksiry, segregował produkty rzemieślnicze, które przynosili im dostawcy...
Skoro mogło to robić dziecko to Heather na pewno też! Swoboda, z jaką zarządzono rodzinnym dobytkiem, mogła wynikać z tego, że mieli w dużej mierze monopol w magicznym Londynie. No i ludzie ich lubili za przystępne ceny i za to, że nie sprzedali się żadnej większej organizacji. A było paru takich bogaczy, którym marzyło się stworzenie własnej sieci patek rozsianych po całej Wielkiej Brytanii!
— Myślę, że w fartuchu apteki wyglądałabyś jeszcze lepiej niż w mundurze — napomknął niewinnie, obejmując Heather w talii, kiedy ruszyli w stronę sadów Abbottów.
Kamień spadł mu z serca, gdy Ruda nieco się rozgadała. Martwił się, że faktycznie może być na niego zła o ten wybryk w Windermere. Skrzywił się, gdy wspomnienia z tego miejsca ponownie naparały na jego świadomość. Chociaż z pozoru to miejsce wydawało się dosyć spokojne, tak wiedział, że nie będzie w stanie spojrzeć na ten ośrodek tak samo. Już zawsze będzie mu się kojarzył z tym, jak potraktował Heather i jak łatwo było... przestać być sobą.
W pewnym momencie ich spaceru zwykłe drzewa pokroju gruszy, jabłoni i wiśni zaczęły ustępować tym, których miejsca znajdowały się stricte na podwórkach czarodziejów. Lewitujące między dwoma gruszami drzewo sprawiło, że Cameron zatrzymał się zszokowany. Nawet korzenie unosiły się w powietrzu, poruszając się nieznacznie, gdy drzewo obracało się powoli wokół własnej osi zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Uścisk Camerona stał się mocniejszy.
— Masz ochotę na coś magicznego czy bardziej ekhm normalnego? — rzucił niezbyt elokwentnie.
Stanął za Heather i całując delikatnie jej ramię, aby zaraz przejść do szyi, czekając, aż ta podejmie decyzje. Zbliżeni do siebie, dla ludzi z daleka, mogli przypominać starożytny marmurowy posąg wykonany ku czci kochanków, którzy pozwolili uwiecznić się w chwili swych czułości. To nie tak, że zachęcał ją do czegoś złego... A raczej kusił. Minimalnie. Badał teren. Bądź co bądź, w ostatnim czasie pracował nie tylko nad swoimi pocałunkami (w asyście Wood, oczywiście), ale też nad tężyzną fizyczną. Wspinanie się na majowe pale okazało się punktem przełomowym: nieco się podciągnął, jeśli chodzi o aktywność fizyczną. Takie magiczne drzewo to pikuś. Wszedłby na nie bez trudu. Gorzej z zejściem na ziemię.
Zastanawiał się, jak by to było, gdyby ich teraz spetryfikował jakiś potwór albo ktoś rzucił na nich zaklęcie przez co tkwili by tak zawieszeni w czasie. Bolałoby? A może przez całe lata znajdowali pocieszenie w tym, że utknęli w momencie pocałunku, gdzie jedno udowadniało drugiemu jak bardzo im sobie nawzajem zależy? Co myśleliby o nich medycy i klątwołamacze, którym prędzej czy później polecono by, aby ich odczarować?