Cóż, potrzebowali siebie w swoich życiach, żeby osiągnąć równowagę. Gdyby nie Cameron, już dawno mogłaby zatracić siebie. Był jej kotwicą, pomagał jej znaleźć złoty środek. Nie miała swojego sumienia, najchętniej ciągle pakowałaby się w kłopoty i robiłaby wszystko, aby tylko poczuć adrenalinę. Dzięki niemu jednak, chociaż czasami zastanawiała się nad tym, czy to faktycznie jest potrzebne. Idealnie się uzupełniali, ona również nie wyobrażała sobie swojego życia bez niego, zresztą tyle lat był obok, teraz miała pewność, że będzie w nim już na zawsze. Strasznie ją to cieszyło.
- Moje bogactwo plus twoja bieda, to daje klasę średnią? - Rzuciła jeszcze śmiejąc się przy tym w głos. - Mogło być gorzej mój drogi. - Musiała jakoś wybić mu z głowy te myśli o różniącym ich statusie materialnym, powinien wiedzieć, że to się dla niej nie liczy, to nie było nic ważnego. Może i była przyzwyczajona do luksusu, ale bez niego również by sobie poradziła, a przynajmniej tak się jej wydawało. - Myślę, że jakbym stanęła za ladą, to po kilku dniach moglibyście nie mieć klientów, chyba lepiej będzie, jak zostanę przy miotłach. - Lupin wiedział, że nie miała żadnych umiejętności związanych z aptekarstwem, no, może umiałaby rozmawiać z klientami, to nie mogło być jakoś szczególnie skomplikowane, skoro potrafiła wcisnąć klientom miotłę.
Heather wolałaby uniknąć dotykania eliksirów, bałaby się, że popsuje każdą fiolkę, nigdy jej to nie wychodziło, do tego zupełnie nie znała się na roślinach. Z jej szczęściem, to jeszcze doprowadziłaby ich aptekę do zniszczenia, a tego zdecydowanie wolałaby uniknąć. Oczywiście mogłaby im pomóc przerzucać kartony z towarem, ale nic więcej.
- Dla ciebie mogę ubrać nawet i fartuch, tyle, że lepiej, żeby się to stało poza murami apteki. - Uśmiechnęła się do niego, nadal próbowała wybić chłopakowi ten pomysł z głowy, bo naprawdę bała się, że go zawiedzie.
Delikatnie drgnęła, kiedy Lupin ją objął. To było przyjemne, szczególnie po tym nieszczęsnym wypadzie do Windermere, kiedy wydawało jej się, że go brzydzi, że nie chce mieć z nią nic wspólnego - całkiem miła odmiana.
Poczuła, że jego uścisk stał się silniejszy, rozejrzała się wokół, żeby spróbować odgadnąć, czym było to spowodowane. Wtedy dostrzegła te magiczne drzewa - były fascynujące, to jakiś cud, że ludziom udało się wyhodować coś podobnego, magia jednak nie znała granic. Wpatrywała się w te rośliny nie ukrywając swojego zainteresowania.
- Oczywiście, że magicznego, nie bez powodu jesteśmy czarodziejami. - Oczywiście nie zamierzała go zmuszać do szabru, sama mogłaby wdrapać się na płot, i sięgnąć po zakazany owoc.
Poczuła jego ciepłe usta na swoim ramieniu, było to całkiem przyjemne, zachęcało do złego, później dotknął równie delikatnie jej szyi, co spowodowało, że chyba podjęła decyzję. Cameron potrafił przekonywać.
Postanowiła skorzystać z okazji i odwróciła się, żeby złożyć krótki pocałunek na jego ustach, później odsunęła się o krok. - Kto ostatni na drzewie ten trąba! - Krzyknęła, po czym ruszyła w stronę magicznego drzewa, które znajdowało się najbliżej niej.
!sumaowoca