19.05.2024, 01:40 ✶
Czasem rutyna była kluczem do osiągnięcia sukcesu. Przykładem tego typu sytuacji były egzorcyzmy, w jakich specjalizował się Sebastian; gdyby nie ściśle określone zasady co do tego, jak winno się postępować z duchami oraz opętanymi, pracownicy Ministerstwa Magii zapewne traciliby dużo większą ilość swoich pacjentów. Na szczęście oficjalne procedury wprowadzone w życie przez Departament Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami sprawiał, że stosowanie się do rygorystycznych często reguł i zasad było wręcz normą. Bądź co bądź, obcowanie z istotami z zaświatów to nie przelewki.
Oprócz tego Macmillan świetnie odnajdywał się w schematach. Lubił wiedzieć, że po zrobieniu rzeczy A stanie się rzecz B, a po wykorzystaniu rytuału X będzie w stanie osiągnąć efekt Y. W pewien sposób pomagało mu to uporządkować swoje własne życie, które przez intensywną pracę i próbę pogodzenia obowiązków służbowych ze wspieraniem kowenu Whitecroft robiło się coraz bardziej chaotyczne. Wizyty w Manchesterze była kolejnym dowodem na to, że w życiu czarodzieja coś nie do końca grała.
Zazwyczaj po większych zleceniach wracał prosto do swojego mieszkania na Nokturnie, jednak tym razem jego uwagę przykuł jeden z parków miejskich. Widok tłumnie spacerujących po alejkach rodzin sprawił, że zrobiło mu się trochę słabo. Jeszcze godzinę temu wypędzał obcy byt z okresu wczesnego renesansu z bogobojnej czarownicy, który kupiła vintage imbryk na aukcji i uwolniła skrytego w nim ducha, a teraz przechadzał się wśród mugoli, jak gdyby nigdy nic. Zbyt nagła zmiana otoczenia. A jednak kontrast ten wydawał się na swój sposób kojący.
Sebastian wzdrygnął się, gdy przechodząc obok stoiska, doszły do niego dzikie okrzyki sprzedawcy. W tym przypadku wolałby, aby jego ciemne odzienie faktycznie uznano za szaty mugolskiego kapłana. Parę ''Niech będzie pochwalony'' i ''Na wieki wieków'' na pewno nieco wyciszyłoby atmosferę, a zamiast tego traktowano go jak jednego z wielu przechodniów, którzy padną ofiarą jednej z najmniej wyjątkowych technik sprzedażowych, jakie znali handlarze. Krzyków reklamujących produkt. Okropne.
Sądził, że uda mu się umknąć w pobliską alejkę, ale wtedy skrzyżował spojrzenia z żoną właściciela straganu i... Przepadł. To było tak, jakby przyciągnęła go do stoiska. Krok po kroku zmniejszał odległość między nimi, aż w końcu ustawił się w kolejce i dopiero po chwili zorientował się, że tuż obok stał nie kto inny, jak Isaac Bagshot. Wbił w niego wzrok, zastanawiając się, czy i to spotkanie w jakiś przedziwny sposób nie zostało przez niego zaaranżowana. Nie. Niemożliwe, zawyrokował bezgłośnie. Bagshot był, jaki był, ale raczej nie zaplanował tego, że Sebastian wybierze się po skończonym zleceniu do parku.
— Witaj, Isaacu — powitał go bez większych emocji, odbierając chwilę po nim swoją porcję waty cukrowej. Odszedł z historykiem na bok, co by nie blokować kolejki. — A więc to tutaj teraz prowadzisz swoje badania...? W środku parku miejskiego?
Rozejrzał się na prawo i lewo. W jednej dłoni ściskał torbę z ciemnej skóry, a w drugiej przed chwilą zakupione słodycze. W zestawieniu z kamienną twarzą i ciemnym uniformem widok kolorowej waty cukrowej zdecydowanie kłócił się z całokształtem osoby Macmillana.
— Chyba że to tylko przerwa od pracy? — Uniósł wymownie brwi, wbijając spojrzenie w kwiecista koszulę. — Jesteś bardzo... Kolorowy.
Oprócz tego Macmillan świetnie odnajdywał się w schematach. Lubił wiedzieć, że po zrobieniu rzeczy A stanie się rzecz B, a po wykorzystaniu rytuału X będzie w stanie osiągnąć efekt Y. W pewien sposób pomagało mu to uporządkować swoje własne życie, które przez intensywną pracę i próbę pogodzenia obowiązków służbowych ze wspieraniem kowenu Whitecroft robiło się coraz bardziej chaotyczne. Wizyty w Manchesterze była kolejnym dowodem na to, że w życiu czarodzieja coś nie do końca grała.
Zazwyczaj po większych zleceniach wracał prosto do swojego mieszkania na Nokturnie, jednak tym razem jego uwagę przykuł jeden z parków miejskich. Widok tłumnie spacerujących po alejkach rodzin sprawił, że zrobiło mu się trochę słabo. Jeszcze godzinę temu wypędzał obcy byt z okresu wczesnego renesansu z bogobojnej czarownicy, który kupiła vintage imbryk na aukcji i uwolniła skrytego w nim ducha, a teraz przechadzał się wśród mugoli, jak gdyby nigdy nic. Zbyt nagła zmiana otoczenia. A jednak kontrast ten wydawał się na swój sposób kojący.
Sebastian wzdrygnął się, gdy przechodząc obok stoiska, doszły do niego dzikie okrzyki sprzedawcy. W tym przypadku wolałby, aby jego ciemne odzienie faktycznie uznano za szaty mugolskiego kapłana. Parę ''Niech będzie pochwalony'' i ''Na wieki wieków'' na pewno nieco wyciszyłoby atmosferę, a zamiast tego traktowano go jak jednego z wielu przechodniów, którzy padną ofiarą jednej z najmniej wyjątkowych technik sprzedażowych, jakie znali handlarze. Krzyków reklamujących produkt. Okropne.
Sądził, że uda mu się umknąć w pobliską alejkę, ale wtedy skrzyżował spojrzenia z żoną właściciela straganu i... Przepadł. To było tak, jakby przyciągnęła go do stoiska. Krok po kroku zmniejszał odległość między nimi, aż w końcu ustawił się w kolejce i dopiero po chwili zorientował się, że tuż obok stał nie kto inny, jak Isaac Bagshot. Wbił w niego wzrok, zastanawiając się, czy i to spotkanie w jakiś przedziwny sposób nie zostało przez niego zaaranżowana. Nie. Niemożliwe, zawyrokował bezgłośnie. Bagshot był, jaki był, ale raczej nie zaplanował tego, że Sebastian wybierze się po skończonym zleceniu do parku.
— Witaj, Isaacu — powitał go bez większych emocji, odbierając chwilę po nim swoją porcję waty cukrowej. Odszedł z historykiem na bok, co by nie blokować kolejki. — A więc to tutaj teraz prowadzisz swoje badania...? W środku parku miejskiego?
Rozejrzał się na prawo i lewo. W jednej dłoni ściskał torbę z ciemnej skóry, a w drugiej przed chwilą zakupione słodycze. W zestawieniu z kamienną twarzą i ciemnym uniformem widok kolorowej waty cukrowej zdecydowanie kłócił się z całokształtem osoby Macmillana.
— Chyba że to tylko przerwa od pracy? — Uniósł wymownie brwi, wbijając spojrzenie w kwiecista koszulę. — Jesteś bardzo... Kolorowy.