Zadanie w końcu wykonane. Peppę przy okazji oświeciło, że towarzysząca jej Brenna to przecież KUZYNKA, ale tak dawno nie miała okazji jej widzieć... Zresztą nigdy nie były blisko. Ale miło współpracować przy tak ważnej okazji.
Oczekując oklasków i przyjęcia na jej cześć, Peppa wróciła do ośrodka, zastając tam jeszcze większy chaos i zniszczenie. W pierwszej chwili kompletnie ją zamurowało. Nie była w stanie ruszyć skrawkiem ciała, a jej umysł powoli zapoznawał się z obecną sytuacją. Przywykła do wygody i bezpieczeństwa. Tragedia na Beltane szczęśliwie przepłynęła obok, tak jak wszelkie inne niepokoje. Jedynym zmartwieniem panny Potter było podrywanie pewnego Lestrange'a oraz iluzoryczne obudowywanie swojego stanowiska w coraz większy prestiż. A teraz przed jej uważnymi oczętami działo się spustoszenie.
Widząc, jak ziemia otwiera swą gębę i pochłania Penny, Peppa z krzykiem odsunęła się jak najdalej, by i jej nie spotkał taki los. Być może rozejrzałaby się za gałęzią, by pomóc znajomej wydostać się na powierzchnię, ale szybko zrozumiała, że to niemożliwe.
Penny zapadła się pod ziemię, a jakiś mężczyzna obok duszony był przez pnącza. Gdzieś dobiegł do Peppy okrzyk Morpheusa. Gasić? Ale jak mają ugasić takie ilości ognia? I kto wtedy pomoże temu oplecionemu czarodziejowi?
Peppa złapała za różdżkę. Nie była jakimś mistrzem czarów. Mogła użyć Aquamenti, ale tym nawet ogniska by nie ugasiła. Ale jedna dziedzina nie sprawiała jej problemów.
— Vitta — rzuciła w stronę oplatających brygadzistę pędów, by przemienić je we wstążki. Nie patrząc na efekt swoich czarów, odwróciła się w stronę ognia. — Duro! — Drugi z czarów miał na celu przemianę płonącej powierzchni w kamień. Tu Peppa skupiła się, żeby zaklęcie nie tyle wchodziło w głąb struktury, a pokryło jak największą powierzchnię, by ta przestała być materiałem możliwym do strawienia przez ogień.
Vitta - transmutacja
Sukces!
Duro - transmutacja
Sukces!