19.05.2024, 13:55 ✶
“Wydarzenie… randkowe.”
W pierwszej chwili Lorien wyglądała jakby Robert właśnie jej obwieścił, że postanowił oddać cały ich majątek na biedne, mugolskie sierotki. Albo postanowił rzucić wszystko, wyjechać do Szkocji i zająć się hodowlą pufków.
Po prostu stała jak zaklęta wpatrując się w niego z niedowierzaniem i czekając na jakąś puentę w postaci “ha ha żartowałem”. Ale puenta nie nastąpiła, a mąż nagle nie okazał się wysoce uzdolnionym błaznem.
Musiała z całej siły ugryźć się w język, żeby nie powiedzieć “a nie mówiłam?”, nawet jeśli jej zaciśnięte usta i ściągnięte brwi wyrażały więcej niż tysiąc słów. Może niekoniecznie o to jej chodziło, kiedy rozmawiali o Sophie w Szkocji, ale… miała rację! Młoda już kombinowała, nawet jeśli nie zdążyła wytrzeć mleka spod nosa. Jak nie cała ta afera z bimbrem to jakieś… randki.
Poszła. Oczywiście, że poszła z nimi. Nawet jeśli wyjście do z pewnością zatłoczonego Dziurawego Kotła nie było szczytem jej marzeń. Już po przekroczeniu progu baru wiedziała, że to był błąd. Wszystko było w odcieniach różu i czerwieni. Przyjemny jaśminowy zapach unoszący się w powietrzu i ludzie… dużo ludzi. Powstrzymała się przed zrobieniem odwrotu na pięcie i powrotem do domu.
- Piwo? Wino?
“Twoja córka będzie robić z siebie pośmiewisko przed całym miastem. Może jednak whisky?” znów ugryzła się w język. Zamiast tego westchnęła ciężko, spoglądając to na stół, który upatrzył Robert to na bar. Mogła powiedzieć po prostu wino. Ale istniała ogromna szansa, że dostanie do picia jakiś okropny różowy ulepek. Albo jeszcze przyniosą jakąś musującą podróbkę. Albo… Możliwości było wiele, co jedna to gorsza.
- Zamówię sobie.- Stwierdziła. Na tyle grzecznie żeby nie odczuli tego jako “nie znacie się na tym” a bardziej jak “jeszcze nie wiem, pomyślę w drodze do baru”.
Dlatego złapała Charles’a pod ramię i uśmiechnęła się do chłopaczka serdecznie. Gentleman z przymusu. Z dwojga złego wolała trzymać się bliżej dzieciaka niż Richarda, a trzymać się przy kimś w zatłoczonym barze musiała. Dużo to potrzeba, żeby ktoś na panią Mulciber wpadł i wywołał kolejną wojnę czarodziejów wylewając cokolwiek na jej jasną szatę?
- Chodź, birichino.- Nie czekając jakoś szczególnie na reakcję Richarda pociągnęła dzieciaka w stronę baru. Przy okazji wcisnęła Charlie’mu po cichu swoją portmonetkę w ręce, przykładając palec do ust. Przekaz bardzo prosty - tylko nie mów ojcu. Po co miał marnować swoje ciężko zarobione pieniądze?
Podumała chwilę jeszcze przy ladzie, pozwalając prawie-że-bratankowi zamówić co tam chciał, ostatecznie samej zamawiając kieliszek wytrawnego czerwonego wina z jakiejś lokalnej winnicy.
Czekając na swoje zamówienie, zajęła się wiązaniem złotej wstążeczki na nadgarstku. Odnalazła wzrokiem Richarda, który miał przejąć zamówienie czegoś dla siebie i Roberta.
- Czy Sophie mówiła cokolwiek o… tym…?- machnęła lekko ręką, dając do zrozumienia, że chodzi jej o cały ten cyrk. Nazwijcie ją staroświecką, ale panny z dobrych domów nie powinny brać udziału w żadnych spektaklach randkowych.
W pierwszej chwili Lorien wyglądała jakby Robert właśnie jej obwieścił, że postanowił oddać cały ich majątek na biedne, mugolskie sierotki. Albo postanowił rzucić wszystko, wyjechać do Szkocji i zająć się hodowlą pufków.
Po prostu stała jak zaklęta wpatrując się w niego z niedowierzaniem i czekając na jakąś puentę w postaci “ha ha żartowałem”. Ale puenta nie nastąpiła, a mąż nagle nie okazał się wysoce uzdolnionym błaznem.
Musiała z całej siły ugryźć się w język, żeby nie powiedzieć “a nie mówiłam?”, nawet jeśli jej zaciśnięte usta i ściągnięte brwi wyrażały więcej niż tysiąc słów. Może niekoniecznie o to jej chodziło, kiedy rozmawiali o Sophie w Szkocji, ale… miała rację! Młoda już kombinowała, nawet jeśli nie zdążyła wytrzeć mleka spod nosa. Jak nie cała ta afera z bimbrem to jakieś… randki.
Poszła. Oczywiście, że poszła z nimi. Nawet jeśli wyjście do z pewnością zatłoczonego Dziurawego Kotła nie było szczytem jej marzeń. Już po przekroczeniu progu baru wiedziała, że to był błąd. Wszystko było w odcieniach różu i czerwieni. Przyjemny jaśminowy zapach unoszący się w powietrzu i ludzie… dużo ludzi. Powstrzymała się przed zrobieniem odwrotu na pięcie i powrotem do domu.
- Piwo? Wino?
“Twoja córka będzie robić z siebie pośmiewisko przed całym miastem. Może jednak whisky?” znów ugryzła się w język. Zamiast tego westchnęła ciężko, spoglądając to na stół, który upatrzył Robert to na bar. Mogła powiedzieć po prostu wino. Ale istniała ogromna szansa, że dostanie do picia jakiś okropny różowy ulepek. Albo jeszcze przyniosą jakąś musującą podróbkę. Albo… Możliwości było wiele, co jedna to gorsza.
- Zamówię sobie.- Stwierdziła. Na tyle grzecznie żeby nie odczuli tego jako “nie znacie się na tym” a bardziej jak “jeszcze nie wiem, pomyślę w drodze do baru”.
Dlatego złapała Charles’a pod ramię i uśmiechnęła się do chłopaczka serdecznie. Gentleman z przymusu. Z dwojga złego wolała trzymać się bliżej dzieciaka niż Richarda, a trzymać się przy kimś w zatłoczonym barze musiała. Dużo to potrzeba, żeby ktoś na panią Mulciber wpadł i wywołał kolejną wojnę czarodziejów wylewając cokolwiek na jej jasną szatę?
- Chodź, birichino.- Nie czekając jakoś szczególnie na reakcję Richarda pociągnęła dzieciaka w stronę baru. Przy okazji wcisnęła Charlie’mu po cichu swoją portmonetkę w ręce, przykładając palec do ust. Przekaz bardzo prosty - tylko nie mów ojcu. Po co miał marnować swoje ciężko zarobione pieniądze?
Podumała chwilę jeszcze przy ladzie, pozwalając prawie-że-bratankowi zamówić co tam chciał, ostatecznie samej zamawiając kieliszek wytrawnego czerwonego wina z jakiejś lokalnej winnicy.
Czekając na swoje zamówienie, zajęła się wiązaniem złotej wstążeczki na nadgarstku. Odnalazła wzrokiem Richarda, który miał przejąć zamówienie czegoś dla siebie i Roberta.
- Czy Sophie mówiła cokolwiek o… tym…?- machnęła lekko ręką, dając do zrozumienia, że chodzi jej o cały ten cyrk. Nazwijcie ją staroświecką, ale panny z dobrych domów nie powinny brać udziału w żadnych spektaklach randkowych.